Melu, lekarz sam zauważył podczas usg jak napina mi się brzuch. Spytał mnie jak często to mam, a wtedy to było co 10 minut :

Od razu sprawdził szyjkę -miała pół cm i wewn. rozwarcie ( a miesiąc wcześniej 3 cm)
Od razu poszłam na patologię ciaży pod kroplówki. Kiedy po tygodniu wyciszono trochę skurcze, -założono mi krażek a to był już skończony 28 tydzień. Potem przeszłam z kroplówki na tabletki i skurcze wróciły , ale ordynator stwierdzłi "spróbujemy Panią wypisać?" NO to mnie wypisali z tabletkami. No i za kilka dni zaczęlam czuć się gorzej ,a 16 sierpnia zaczął się poród. Gdyby zatrzymali mnie dłużej, lub do końca ciąży w szpitalu to sądzę że przedłużyłoby mi to ciążę; nie powinni mnie wypisywać. Bo krązek to tylko mechaniczna "zapora" a skurcze miałam nadal. Tylko kroplówka dawała radę je wyciszyć, choć też nie do końca. POza tym długo miałam wyrzuty sumienia, ponieważ na 4 dni przed porodem wyszedł mi czop śluzowy, tylko ze nie uświadomiłam sobie ze to jest to. To moja pierwsza ciąża i korek śluzowy znałam tylko z teorii. Poza tym prawdopodobnie krązek spowodował infekcję i ciągle miałam obfite upławy.
Dzieci urodziły się w dość dobrym stanie, ale za jakiś czas u jednej zaczęły się problemy z oddychaniem , przewieziono je do Zabrza, nawet ich nie zobaczyłam...
Jako ciekawostkę powiem że w szpitalu w którym przyszły na świat dziewczynki ,w Zawierciu dzień wcześniej urodził się wcześniaczek z 29 tygodnia i został przewieziony na Ligotę, moje też tam miały być ale juz nie było miejsca.A dzień po narodzinach moich dzieci znowu urodził się wcześniaczek z 31 tygodnia i już w Zabrzu te znie było miejsca i musieli przewieżć go do Częstochowy. Lekarz stwierdził ze to jakaś czarna seria.
W Zabrzu niechętnie wpuszczano rodzinę, generalnie była zasada 1 osoba do jednego dziecka, w naszym przypadku były 2 osoby i zamienialiśmy się. Dzewczynki leżały w osobnych salach. Po kilku dniach stan stan Małych zaczął się pogarszać, miały zapalenia płuc, a Emilka dodatkowo miała stan zapalny w jelitach i co najgorsze posocznicę. Na szczęście po kilkunastu dniach wyszła z tego ale odchodziliśmy od zmysłów.
Ogólnie mówiąc z Zabrza nie byłam zadowolona, pomijając trud dojazdów 70 km w jedną stronę, problemów z laktacją, nawet nie było gdzie odciągnąć pokarmu i zanim wróciliśmy do domu miałam już piersi jak kamienie i gorączkę 40 stopni. Potem już musiałam tam ściągac pokarm do umywalki w toalecie żeby móc jakoś dojechać do domu. To naprawdę okropne. Rodzice też nie byli tam najlepiej traktowani, unikano szczerych rozmów lekarzy z rodzicami, a przekazywane fakty były suche i nie dawały nadziei. Rodzice czuli się tam jak intruzi.
Sorry za tak długi post, kto jak kto ale wy mamy wcześniaczków najlepiej mnie rozumiecie.