reklama

W szponach nałogu

Temat na forum 'Rozmowy o wszystkim' rozpoczęty przez shiva, 29 Listopad 2013.

  1. shiva

    shiva Zaangażowana w BB

    Zdecydowałam się na założenie tego wątku, ponieważ borykam się ze sporym problemem i pomału dochodzę do wniosku, że chyba nie dam rady uporać się z tym sama.
    Wszystko zaczęło się gdy miałam lat 13 - wtedy to pod wpływem młodzieńczego buntu zaczęłam popalać papierosy. W wieku 14 lat byłam już nałogową palaczką świadomą problemu po pierwszej (i ostatniej) nieudanej próbie rzucenia palenia.
    Przez te wszystkie lata palenie nabierało dla mnie nowych znaczeń;najpierw było to zabawny bunt, później sposób odstresowania się,poznawania nowych ludzi (jestem osobą bardzo nieśmiałą i wyjście na papierosa było dla mnie okazją do poznania nowych ludzi i wspólnym tematem), wypełnienia wolnej chwili oczekiwania, chwilą zadumy, sposobem na odreagowanie złego i ukoronowanie dobrego...mogłabym wymieniać, myślę że nałogowcy wiedzą o co chodzi.
    Przez długi czas byłam wręcz dumna z palenia, mimo świadomości kilku niemiłych faktów (brak akceptacji rodziców dla nałogu, problem braku kasy na fajki, spore cierpienia związane z niemożnością zapalenia).
    Czułam,że papieros jest moim tagiem, że to jest część mnie tak jak moja ręka czy nos. Jakiekolwiek myśli, że miałabym rzucić wywoływały we mnie napady wewnętrznej paniki i ścisku w gardle. Nadmienię tutaj, że mam nerwicę lękową, która w moim przypadku wiąże się z panicznym lękiem przed śmiercią. Ale na początku palenia jeszcze byłam zbyt głupia albo zbyt oporna na świadomość, że szlugi to śmierć.
    Wiedziałam,że mój nałóg jest silniejszy niż u większości (jak nie u wszystkich znajomych); oni potrafili zapomnieć o tym, że w danym momencie nie mogą/nie mają a ja miałam głowę wypełnioną oczekiwaniem, do tego czułam ten brak mocno namacalnie, fizycznie.
    Jestem podatna na nałogi po jednym z rodziców, wiem że gdybym uzależniła się od dragów to nie miałabym szans.
    Tak więc paliłam przez gimnazjum, liceum, studia, ciążę (tu nadmienię, że z kilkunastu obniżyłam ilość do 2-3 dziennie -później wróciłam na stare śmiecie), zawsze, wszędzie,systematycznie.
    Wciągu ostatnich lat moja świadomość i stosunek do palenia uległ sporej zmianie. Jestem osobą 'świadomą' i zdaję sobie sprawę z wielu rzeczy i praw rządzących wszechświatem, więc naturalnie załamywałam ręce przy każdym palonym papierosie, nienawidziłam się za to, że robię coś tak głupiego; coś do nic mi nie daje prócz złudzeń i systematycznie mnie niszczy. Do tego niestety wisiała nade mną świadomość, że nigdy nie dam rady tego rzucić.

    Nic nie wróżyło zmian, niczego nie planowałam ani się nie spodziewałam. Zastanawiałam się czasem czy gdy ktoś mi powie, że jestem śmiertelnie chora i uratować może mnie tylko rzucenie palenia, to czy temu podołam.
    10 maja tego roku (piątek) miałam bardzo zły dzień. Wstałam lewą nogą, dziecko mi się pochorowało i mąż miał wyjechać z miasta na cały weekend. Czekał mnie samotny weekend z chorą córą; żyć nie umierać. O 16 wyszłam z pracy, spotkałam się z mężem i córką w przychodni, oni do pediatry a ja do ginekologa po receptę na antykoncepcyjne. W ciągu krótkiej chwili spotkania przed lekarzami zdążyliśmy się nawet o coś pożreć. Słodko.
    Teraz kilka słów z innej beczki. Wiem, jak działa antykoncepcja hormonalna. Znam przeciwwskazania, skutki używania, działania niepożądane i inne. Dlatego też łatwo zdiagnozowałam kilka dziwnych wahań mojego organizmu i powiadomiłam o tym ginekologa na owej wizycie. A nóż znów trzeba będzie zmienić tabletki? Lekarz wysnuł swe teorie i przypuszczenia, nawet nie pamiętam czy faktycznie doszło do zmiany tabsów. Zanim wypisał receptę pozadawał kilka pytań i jednym z nich było "Czy Pani jest paląca?". No i zaczęło się. Moje poszargane nerwy zmuszone były przyjąć kolejną dość dużą dawkę piekielnej masy. Miałam wcześniej ginekologów, którzy przestrzegali mnie, że palenie plusanty-tabsy to podwójne ryzyko zatorów blablabla. Ale żaden z nich nie zrobił mi takiej afery :D W każdym razie powiedział, że nie wyda mi recepty jeśli nie podpiszę mu na swojej karcie, że jestem niepaląca bo on nie chce ponosić odpowiedzialności za moją śmierć:D
    Byłam wkurwiona, nie myślałam o żadnej śmierci tylko aby już wyjść stąd i zapalić i aby wszyscy dali mi święty spokój. Rzuciłam autografem, wzięłam receptę, rodzinę z pediatrii i wyszliśmy. W końcu rozkoszowałam się fajeczką, nie odzywając do zdumionego moim zachowaniem męża i rozmyślając: seks bez gumki czy palenie szlugów.
    Wróciliśmy do domu, mała położyła się i oglądała bajkę, meine Liebe kończył pakować torby na wyjazd, a ja do kuchni na fajusa. Bardzo dobrze zapamiętałam sobie tę fajkę. To nie było do końca tak,że wtedy na prawdę myślałam o jakichś tam zagrożeniach wynikających z palenia. Po prostu byłam wkurwiona i do tego wykonywałam czynność, której nienawidziłam a wmawiałam sobie,że musiałam, do tego ten podpis który wrył mi się w mózg i nie dał o sobie zapomnieć. Czułam się jakbym podpisała pakt z diabłem. Nienawidziłam wtedy palenia bardziej niż kiedykolwiek.Dochodząc do filterka wpadł mąż, pożegnał się i tyle go było widać.
    Nie wiem jak to wyszło, skąd to przyszło, stwierdziłam, że a co mi tam, spróbuje. Bez wiary, nadziei ani sił zabrałam się za drugą w życiu próbę rzucenia palenia.


    We wszystkim co się potem działo, pomagała mi wyłącznie nienawiść.Jedynie nienawiść do palenia pomogła mi w każdej kolejnej decyzji. Po raz pierwszy w życiu palącym(PO 12 LATACH PALENIA),jeszcze w ten piątek nie zapaliłam po kolacji ani przed spaniem...Nadeszła sobota. Byłam jak chory z niemal całkowitym zanikiem mięśni stojący na mecie, przygotowujący się do biegu. Stałam ledwo o własnych siłach, ale trzymałam się jeszcze spokojnie.Wstałam zjadłam śniadanie. Cisnęło... dojadłam ciastkami. Rosło we mnie coś ciężkiego, ale starałam się zachować spokój,latałam przy małej, czytałam pierdoły na necie, sprzątałam,robiłam co mi w łapy wpadło, coraz bardziej nerwowo. Wciąż kręciłam się wokół kuchni, moim nikotynowym sacrum. Na stole stała maszynka bletki i pół kilo tytoniu. Od wczoraj nietknięte ręką, obłapiane wzrokiem. Poddawałam się w tę sobotę masę razy. Mówiłam sobie ok, zapale, ale dawałam warunek, jeszcze tylko skończę zmywać, po zmywaniu stwierdziłam, że dam jeszcze rade,zetrę kurze to tylko chwila, zaraz zapalę. Miałam tej soboty nieszczęśliwie bardzo niemiły incydent, bardzo pokłóciłam się przez telefon z mamą. Prócz goryczy szlugów trzymałam w sobie jeszcze to. I tak minęła sobota. Zwycięsko. W niedzielę przyszła burza. Siedziałam w kącie kuchni na podłodze z twarzą we łzach,bujając się, rwąc włosy z głowy i trwając tak bez przerwania tego koszmaru tylko dzięki błogosławionej nienawiści.Przypominały mi się dzieci z dworca ZOO, Reqiuem dla snu... nałóg to nałóg. Byłam na to żałosnym dowodem. Bardzo ciężka niedziela zakończyła się sukcesem. Wrócił mąż, opowiedziałam mu o swych rozterkach. Postanowiłam nikomu nie mówić o moim karkołomnym przedsięwzięciu. Nie chciałam nagadać się po czym ponieść porażkę. Poniedziałek był dziwnym dniem. Podczas pracy wychodziłam na fajkę trzykrotnie, oczywiście przed i po pracy też paliłam. Czasem jak było nudno paliłam więcej. Gdy przychodziły godziny palenia, wychodziłam i robiłam rundkę wokół bloku szybkim chodem i wracałam do biura. Odnosiłam sukces. Każdy dzień był łatwiejszy. W pierwszych dniach skrajnie zmieniło się moje myślenie. Papieros stał się dla mnie bóstwem. Otaczał się aurą słodyczy, przyjemności, nie potrafię opisać ekstazy jaką wiązałam z paleniem. To była bardzo trudna walka, ale nie najtrudniejsza jaką przyszło mi stoczyć... ale o tym zaraz.
    Wraz z upływem tygodni, głód malał. Paliłam 12 lat, a od 6 i pół miesiąca nie palę i nie mam już ochoty. Nie ciągnie mnie nie lubię, nie chcę. Nie wyobrażam sobie bym miała znów zapalić.Ale ostatnio zaczęłam rozważać czy dla swego dobra nie powinnam do tego wrócić. I w tym miejscu chciałam rozpocząć opisanie swojego właściwego problemu. Bo jak widać TEORETYCZNIE z papierosem wygrałam, ale rzeczywistość nie jest taka piękna.

    Przepraszam za tak długi wstęp, ale on bezpośrednio wiąże się z tematem mej troski i aby właściwie ocenić moją sytuację uznałam za konieczne podzielenie się tym od czego się to wszystko zaczęło. W takim razie zapraszam teraz do tematu przez nas kobiety ubóstwianego.
    Moja mama powiada, że w przyrodzie nic nie ginie. Co raz powstanie nigdy istnieć nie przestanie, co najwyżej zmieni formę. Zastanawiacie się pewnie czy rzucanie wspomagał sobie jakimiś środkami;e-szlugi, nicorette, plastry, tabletki, spotkania anonimowych palaczy itp. Otóż nie, nic z tych rzeczy, ale faktycznie 'dopomagałam sobie' i o tego dopomagania się uzależniłam ze skutkiem po dziś dzień. Zaczęło się od paczki orzechowych ciastek z biedronki.Całej na jeden raz, a co! Potem były kolejne. Chipsy, cukierki,czekoladki, ciasta, szynka, bułka, bigos, wafelek, pizza, szpinak,arbuz, hamburger, paluszki... wszystko, dużo i często.
    Jestem osobą bardo niską (poniżej 160 - nawet nie wiem dokładnie:D),nigdy 'gruba' nie byłam, w czasie gimbazy troszkę naszłam tłuszczykiem ale w liceum się wyrównało i cieszyłam się zwyczajną figurą aż do ciąży. Ciążę spędziłam niestety niezdrowo, na kanapie z laptopem i jedząc tak jak jem teraz(wyłączając to co zarobione ciężarnym). Był to dla mnie trudny okres więc postanowiłam sobie 'dogodzić'. Z tego dogadzania po porodzie pozostało dodatkowe 15 kg bonusu, przy moim wzroście to hoho, beka tłuszczu. No ale zawzięłam się i w ciągu ok 5 miesięcy zrzuciłam wszystko co do grama, bez efektu jojo, w czym w dużej mierze pomogły mi fajki; głodna - zapale i po sprawie! I dalej byłam zdrową, szczęśliwą sobą.
    Pewnie już macie cały obraz sytuacji i wiecie w czym tkwi problem. A mianowicie problem jest w tym, że dziurę po szlugach załatałam jedzeniem, obżarstwem konkretnie. Z początku pozwalałam sobie na to, by nie wrócić do palenia. Potem starałam się to zaprzestać i zrzucić to co się nazbierało. Nie jest tego dużo (ale przy moim wzroście widać jak czarne na białym), niestety to wciąż postępuje i nie mogę tego zatrzymać, nie daję rady, nie mam siły.Moja dieta mnie wykańcza. Śniadanie tabliczka czekolady, półtorej godz później w pracy dwie duże buły serem, sosem i ciastko do tego, potem jeszcze w pracy kolejne śniadanie typu Danio, najlepiej duże, obiad talerz żarcia nie mniejszy niż mojego męża,objedzona? Hah, godzinę po obiedzie jak przestanie mnie naparzać brzuch, kanapka, albo coś słodkiego, do tego obżarstwo przeds paniem.... może to nie codzienne menu ale częste i codziennie są słodycze, nie mogę przestać ;( jakie skutki? Wciąż wzdęcia(czasem w pracy ciężko usiedzieć), bóle brzucha, częste biegunki, senność, przeciążenie. Mówię wam, koszmar! Poniosłam od wiosny kilka klęsk dietetycznych. Raz wprowadziłam drastyczną dietę 500 kcal, wytrzymałam 2 tyg, skończyło się ofc przybyciem nowych kg, byłam na diecie 1000 kcal, nie wyrobiłam po 2,5 tyg,byłam na diecie 1500 (moje zapotrzebowanie wynosi ok 1800 - jestem mała i pracuje przy biurku), szybko nie wytrzymałam. Ćwiczyłam,od wiosny aż do niedawna chodziłam zamiast używać mpk, a mieszkam we Wrocławiu więc odległości bywały spore (np do mamy 1 godz i powrót to samo). Teraz za zimno na to, kolejne kalorie się osadzają. W ciągu 2 mies. zepsuły mi się dwa zęby, winne zapewne słodycze. Dlaczego nie poszłam z tym do 'kogoś' tzn. lekarza? Bo Jakimś cudem jeszcze nie wyglądam tragicznie. Byłam szczupła więc póki co gruba nie jestem. Wiem, że sprawa postępuje i jeśli nic z tym nie dam rady zrobić to źle się skończy. Ale mam wrażenie, że lekarze jakby mnie zauważyli wyzwali by mnie od początkujących anorektyczek, bo gruba nie jestem więc o co chodzi? Kazali by przyjść jakbym siadając łamała krzesła. A to co się dzieje ma oczywiście więcej konsekwencji. Nie akceptuję siebie już na tym etapie. Wprawia mnie to w częste złości, smutki i co tylko.Ucierpiało życie seksualne. Wstydzę się przed facetem swej tuszy.Wiem, że on 'chciał' by mnie nawet jakbym miała sporo więcej kilo, ale pojawiła się blokada. Bo patrze na siebie i stwierdzam,że to nie ja tylko jakieś inne babsko. Nie czuję się sobą.Czuję, że przegrałam. Papierosy śmieją mi się w twarz. Nawet jak już ich nie palę wciąż niszczą mi zdrowie, jak nie substancjami smolistymi to tłuszczem. Nie wiem, czy czekać na objawienie, jak z rzuceniem palenia? Czy może jednak iść do lekarza? Tylko jakiego? A może jeszcze inaczej? Wrócenie do palenia było by sromotną porażką i katorgą zanim znów bym się do tego gówna przyzwyczaiła...
    Ale się rozpisałam, chyba musiałam się wygadać :)

    Jeśli ktoś jest mi w stanie pomógł, naprowadzić na jakiś trop, będę dozgonnie wdzięczna!

    Pozdrawiam
    J.
     
    Ostatnia edycja: 29 Listopad 2013
  2. shiva

    shiva Zaangażowana w BB

    przepraszam za zlane słowa, skopiowałam tekst napisany w notatniku, postaram się go zedytować właściwie

    edit: poprawione
     
    Ostatnia edycja: 29 Listopad 2013
  3. reklama
  4. Dorcia

    Dorcia Fanka BB :)

    Przede wszystkim GRATULACJE !!!
    Silna babka jesteś !!!
    Hmmm...nie wiem czy Cię pocieszę...pewnie NIE
    Ja rzuciłam palenie 4 lata temu !!! Yuuupiii !!! Przytyłam przez pierwsze pół roku 19 kilogramów ....w chwili obecnej mam + 27 kg !!!

    Myślę że dobry dietetyk mógłby Ci "pomóc" ! Tak myślę

    POZDRAWIAM !
     
  5. shiva

    shiva Zaangażowana w BB

    Dorcia może nie jest to faktycznie pocieszenie, ale dobrze wiedzieć, że nie tylko ja mam z tym problem...
    mamatasia myślę, że nie ma gum które pomogłyby mi przestać jeść :D

    w sobotę próbowałam sposobu 'na ostrą paprykę' która rzekomo przyspiesza metabolizm (do tego w sumie nie mam wątpliwości) i hamuje głód... no niestety mimo wsunięcia jednej sporej papryczki do obiadu, głód jaki był taki jest...
    dziś ledwo w spodnie weszłam, które jeszcze 2 miesiące temu były idealne, a zanim rzuciłam palenie były nieco przydużawe...
     
  6. nikita09

    nikita09 Aktywna w BB

    A może jakas terapia psychologiczną by coś tu mogła pomoc?
     
  7. maximum

    maximum Fanka BB :)

    To jest niestety prawda, dużo osób kupuję różne tabletki z myślą, że od razu rzucą palenie. A tak niestety nie jest - leczenie farmakologiczne owszem pomaga i to nawet bardzo, ale najpierw trzeba po prostu chcieć
     
  8. Cyntia85

    Cyntia85 Moderator

    Ja rzucałam palenie papierosów etapami. Parę lat. Pierwszy etap był najgorszy. Przeszłam z normalnych papierosów na R1. Siedziałam na krześle z głową między nogami i myślałam, że odchodzę od zmysłów. Później rzuciłam na parę miesięcy i paliłam parę miesięcy, później te okresy palenia były krótsze. Ale co to były za katorgi.

    Pokonałaś potwora. Jesteś wielka. W każdym nałogu jest jakaś przyczyna. Warto ją poznać, wtedy pokonasz nowy nałóg, jakim są słodycze. Wierzę, że dasz radę.

    Myślałaś o sporcie? Basen, bieganie, fitness, siłownia?

    Daj znać jak Twoja walka :-)
     
  9. aksana

    aksana Początkująca w BB

    ruch byłby świetnym pomysłem !
     
  10. reklama
  11. nikita09

    nikita09 Aktywna w BB

    Ją gdzieś słyszałam jaki sposób na niejedzenie słodyczy miała pewną dziewczyna. Kiedy czuła potrzebę zjedzenia czegoś solskiego wypijala pół butelki wody mineralnej niegazowanej na raz i czuła się momentalnie tak pełna że nie była w stanie już nic zjeść. Pomogło!!!!
     
  12. Ataraksja

    Ataraksja Zaciekawiona BB

    Przy ochocie na słodycze dobrze jest brać tabletki z chromem, bo często na ochota to właśnie niedobór chromu. Można też oczywiście jeść owoce (polecam koktajle owocowe :)), albo ustalić sobie dzienną porcje słodyczy i tego się trzymać na początku. Dobrym pomysłem jest kawałek gorzkiej czekolady ponieważ nie ma ona tak dużo kalorii a podnosi poziom cukru :)
     

Poleć forum