To i ja dorzucę swoje planowe cc
W rejestracji oddziału porodowego stawiliśmy się z mężem o 8.10 rano. Dzwoniąc wcześniej do szpitala, zapewniano mnie, że nie mają nic na "już" i żeby przyjeżdżać. Jak się jednak kazało na miejscu posypały się cc nie planowane i musieliśmy czekać w poczekalni. Do 12 w południe zemściłam ile się dało, bo ileż można czekać? Później już mi się płakać chciało, bo tak mi było nie wygodnie. O 13 położyłam się na dwóch krzesełkach i zasnęłam na kolanach męża. Obudziłam się po 14, kiedy to zawitała do nas jedna położna, zapewniając, że "już nie długo"...I tak w końcu przed 15 nas zgarnęli do pojedynczej sali, żeby biegiem przygotować do operacji, bo a nóż ktoś znowu się trafi i znowu będziemy czekać....
Tu spotkała nas miła niespodzianka. Położna asystująca operacji okazała się być tą samą, która była przy porodzie Nikusi i tą, która mnie w 32t tej ciąży przyjęła na oddział. Ponad to lekarz, która miała mnie ciąć była Polką i co dziwne, mogliśmy rozmawiać po polsku. Choć język nie stanowi dla mnie problemu, to jednak jakoś lżej mi było. Niektóre sprawy, typu ryzyko operacji zabrzmiały strasznie i pewnie po angielsku by mnie tak nie przeraziły, ale cóż...musiałam się o nich dowiedzieć.Po szybkim wywiadzie zawitał pan anestezjolog. Człowiek strasznie dziwny. Mówił szybko i nie zrozumiale i zachowywał się, jakby mądrzejszych od niego nie było. Kiedy jednak zakładał mi weflon do operacji, to dość szybko przekonałam się o braku fachowości z jego strony. Wbił się na wierzchniej stronie dłoni tak boleśnie, że nigdy tak nie miałam. No nic. Jakoś trzeba było przeżyć. Po tym wszystkim podpisałam papiery i poszliśmy z mężem na salę operacyjną. Tam już tylko na stół, no i znieczulenie.
Szczerze? Masakra! Koleś wbijał się 4 razy tak boleśnie, że już miałam krzyczeć. Nie wiem, co on tam robił i czemu tak długo grzebał, ale bolało strasznie. Nie pierwszy raz mnie tak znieczulali i wiem, że mogło być inaczej. Cóż....nie wszystko musi być idealne

Przeżyłam znieczulenie, położyli mnie, sprawdzili czy działa, cewnik założyli no i zaczęli. Nagle czuję smród. Takiego jakby palonego białka. Wiecie,włosy, paznokcie

Pytam męża co to? Na to pani doktor uspakaja, że to od noża laserowego, którym musi powycinać zrosty i że ten zapach jest normalny. Ufff.....Bo już się wystraszyłam
Długo czekaliśmy na pierwszy krzyk mojego okruszka. Nim się udało do niego dokopać minęła przeszło godzina. Ja oczywiście już panikowałam, że coś jest nie tak, bo zawsze to po 5-10minutach dziecko wyciągają, ale pani doktor znów uspokoiła. Wytłumaczyła, że musiała wyciąć sporo i ostrożnie oddzielić np. pęcherz, który zrósł się z łożyskiem

Ciągle jednak zapewniała, że oboje jesteśmy bezpieczni.
W między czasie pojawił się problem z oddychaniem. Podano mi deczko za dużo znieczulenia i brakowało mi chwilami powietrza. Podano tlen i już było ok.
W końcu nastał moment najważniejszy. Mąż mógł popatrzeć, a ja tylko usłyszeć:-) Cudowny płacz naszego synka! Piękny, dorodny i cały nasz. Ja się popłakałam, mąż też, malutki zaraz się uspokoił, jak tylko przyłożyli mi go do buzi (inaczej nie mogli), a ja po raz kolejny starałam się zapamiętać ten cudowny zapach. Chwila piękna i nie zapomniana. Okupiona strasznymi nerwami, ale w tej jednej chwili zapomniałam o wszystkim, co było nie tak....
Lekarze zaczęli szycie, mąż kręcił film jak malutkiego ważą, ubierają, ciął pępowinę, a jedna z położnych nagrywała mu to, żebyśmy mieli pamiątkę. Później w czasie szycia podali mleczko dla Marcysia, więc mąż mógł go nakarmić. Szycie się przedłużało, zaczęło mi sie robić nie dobrze i słabo, więc podali mi coś w kroplówkę, później antybiotyki i jeszcze coś i w końcu po ponad 2 godzinach zjechaliśmy do jednoosobowej sali pooperacyjnej, gdzie opieka była rewelacyjna.
Zaraz po zejściu znieczulenia mogłam siedzieć po turecku, więc kiedy mąż pojechał do domu, sama zajmowałam się Marcysiem. Nie mówię, że czułam się super. Czułam się strasznie. Było mi bardzo nie dobrze i strasznie słabo, ale jak tylko mi przynieśli jedzonko, to poczułam się lepiej. O 24 przewieźli mnie na oddział poporodowy diabetologiczny, gdzie zostaliśmy do wypisu.
Wstałam zaraz rano, poszłam sama pod prysznic, a ponieważ byłam na strasznie silnych lekach p/bólowych, to poruszałam się dość sprawnie. Miałam problem z tym nieszczęsnym weflonem operacyjnym, bo on miał 4 odnogi, które wisiały i ciągnęły mnie strasznie za żyłę. Nie mogłam nic robić tą ręką, a ok południa tak mi dłoń spuchła, że ledwo szło ruszać nią. Po kilku prośbach przyszedł w końcu lekarz i stwierdził stan zapalny. Weflon zmienili na mniejszy i podali kolejny antybiotyk. Poza tym, po tej zbyt dużej dawce znieczulenia nie mogła robić siku. To było takie dziwne uczucie nie panowania nad własnym ciałem. Bo ja parłam, a mocz jakby się cofał....Kazali czekać. Inna rzecz....swędząca skóra. To reakcja na znieczulenie. Dość powszechna podobno, ale strasznie uciążliwa. No i wiadomo, piloty non stop, słabość, ospałość po lekach.
W czwartek rano przyszła do mnie ta lekarz polska, co mnie kroiła, pogadałyśmy i pozwoliła mnie wypisać do domu, przy czym dostałam mnóstwo zaleceń odnośnie trybu życia po tej dość skomplikowanej operacji.
Ogólnie stwierdzam, że lekko nie było. Na pewno 2 poprzednie cesarki miałam zdecydowanie lżejsze, ale nie mam żalu o nic do nikogo. Najważniejsze, że daliśmy radę, a moje maleńkie szczęście bezpiecznie mogło przywitać nas na świecie:-)