I znowu się zgadzam z Tofiś ;-) Nawet jeśli któryś z nich nie ma lekko, bo żona jest troszkę jędzowata i łatwo się daje ponieść hormonom, to tak czy siak mówimy raptem o kilku miesiącach (a realnie może i dniach, bo przecież żadnej z nas hormony nie rozsadzają 24 h na dobę przez równe 9 miesięcy) ich ciężkiego życia. W nagrodę zaś my ryzykujemy swoim życiem i zdrowiem nosząc ich dzieci oraz musimy znosić fizycznie wszystkie ciążowe dolegliwości. No jakoś nie jestem w stanie powiedzieć, że mężczyzna jest stroną bardziej poszkodowaną lub przynajmniej tak samo dotkliwie odbierającą ciążę jak kobieta.
A w kwestii opanowania, to ja też jestem bardziej opanowana niż mój mąż, ale jakoś nadal nie potrafię sobie wyobrazić siebie zwijającą się w skurczach porodowych i krojącą pomidorka do kanapek do szpitala ;-)