Błona śluzowa nosa – cichy bohater w walce z chorobami

Błona śluzowa nosa – cichy bohater w walce z chorobami

Treść powstała we współpracy z www.oddychajswobodnie.pl (*)

reklama

Dlaczego w zimie dzieci chorują częściej? Skąd ten ciągły katar, kaszel, problemy z zasypianiem? A potem wizyty u lekarza, zwolnienia z pracy, nieprzespane noce. A dzieciak się męczy i nic mu nie pomaga. Chuchamy, dmuchamy, podajemy syropy, lekarstwa, krople do noska, nebulizujemy, smarujemy maściami, a infekcje wracają, i tak do wiosny. Nic nie pomaga... 

„Jakiś wirus panuje”, „przeziębiło się na dworze”, „zaraziło od innych dzieci”, „ma niską odporność”, „był za zimno/ciepło ubrany”, „przewiało go”. To najczęstsze odpowiedzi. I nie, wcale nie są błędne. Jak najbardziej mają w sobie całkiem sporo prawdy! Pytanie raczej brzmi: dlaczego tak się dzieje? Skąd ta obniżona odporność? Dlaczego ten wirus czy bakteria tak łatwo dopada dziecko? Przecież wychodzenie na świeże powietrze, szaleństwa na śniegu, zabawa pod gołym niebem – to przecież coś, co powinno być jak najbardziej dobre dla zdrowia! Czemu po wyjściu na sanki ktokolwiek miałby chorować? No właśnie. I tutaj leży przysłowiowy „pogrzebany pies” – w odpowiedzi, dlaczego.

Pierwszą barierą ochronną przed każdym wirusem czy bakterią jest nasza własna skóra i błony śluzowe. Dopiero gdy te zawiodą, do gry włączają się fagocyty (komórki żerne) oraz limfocyty i przeciwciała. Te zaś zależą od odporności – w tym wrodzonej i nabytej. Wrodzona, jak sama nazwa wskazuje – jest czymś, czym mały człowiek się rodzi. Zaś nabyta – tę młody organizm musi sobie wyrobić samodzielnie.

Jednak aby się ten cały układ odpornościowy uruchomił, mikroorganizmy muszą najpierw wedrzeć się do organizmu. Jak? Forsując skórę i błonę śluzową, co wcale nie jest takie łatwe, bowiem człowiek to niesłychanie przemyślana machina, uzbrojona w potężne działa artyleryjskie. I gdyby od samego początku odpowiednią o nią dbać, uniknęlibyśmy naprawdę sporo stresu.

Skóra niemowlęcia nie jest dojrzała i wymaga odrobiny wsparcia z zewnątrz aż do 2-3 roku życia, zwłaszcza jej „dolna” część, czyli pupa. Niemal instynktownie wiemy, że pupę trzeba smarować, a na buzię dziecka trzeba zimą nałożyć tłusty krem. W dodatku doskonale zdajemy sobie sprawę, DLACZEGO, to robimy – żeby nie wysuszyć skóry! To takie oczywiste, prawda?

Przejdźmy więc do sedna. W całym tym zamieszaniu zapominamy o cichym bohaterze, bez którego wszyscy (dosłownie – i duzi i mali) bylibyśmy w ciężkich tarapatach. O błonie śluzowej, która do prawidłowego działania wymaga odpowiedniego nawilżenia. Gdy wysycha, no cóż. Przestaje działać, a tym samym dosłownie otwierają się wrota dla wszelkiej maści nieprzyjaznych mikroorganizmów.

Błona śluzowa wyściela przewody prowadzące do wnętrza ciała (przewód pokarmowy, pochwę itd.) oraz jamiste narządy zewnętrzne, w tym jamę nosową. Składa się z cieniutkiego nabłonka i z pokrywającej jej tkanki łącznej. A jego podstawową funkcją jest ochrona organizmu w tych narządach, które prowadzą do wnętrza ciała. W śluzówce nosa znajdują się rzęski, którą działają trochę jak miotła, oczyszczając z mikroorganizmów powietrze, którym dziecko oddycha. Jeśli więc śluzówka wyschnie, miotła przestaje działać, a wtedy już wiadomo, co się dzieje. Resztą nie tylko o jamę nosową tu chodzi, ale o wszystkie inne miejsca zabezpieczone błoną. Jeśli nie zapewnimy odpowiedniej wilgotności (a organizm sam jej nie produkuje!), to wysychają i voila – mur obronny się sypie. To samo jest ze skórą – jeśli ją wysuszymy, to ułatwimy dostęp bakteriom i wirusom.  Tylko tyle i aż tyle.

Co robić? Odpowiedź jest prosta: zapewnić optymalną wilgotność powietrza. Właściwa wilgotność powietrza w pomieszczeniu zapewni odpowiednie nawilżenie śluzówkom i ograniczy wysuszanie się skóry. Oczywiście w związku z kontaktem skóry z ubraniami, mydłem itp. od konieczności dodatkowego natłuszczania skóry nie uciekniemy, ale tu też bez przesady, bo skóra wytwarza naturalne sebum, które organizm przestanie produkować, jeśli „rozleniwimy” gruczoły łojowe.

Jak osiągnąć optymalny poziom wilgotności powietrza? Zacząć trzeba od sprawdzenia, czy rzeczywiście mamy taki problem, choć w sezonie grzewczym jest to więcej niż pewne. Objawem nadmiernie suchego powietrza są: zatkany nos, kaszel, katar, pieczenie oczu, strupki w nosie, u niemowląt sapka. No i oczywiście nawracające infekcje. Sprawę ułatwi też higrometr, a więc miernik poziomu wilgotności.

Jak sobie poradzić z nadmiernie suchym powietrzem? Sposoby też są dość oczywiste i nie ma co się nad nimi rozwodzić: nie przegrzewać dziecka, nie ubierać za ciepło, lecz stosownie do warunków, dawać dużo pić, wietrzyć mieszkanie, nieco zmniejszyć temperaturę w pokoju (20-21 stopni to absolutny maks) i... nawilżać powietrze. A na to jest nieco sprawdzonych sposobów.

Zacznijmy od domowych, takich jak mokry ręcznik na kaloryferze czy nawilżacze ceramiczne. Są to rozwiązania energooszczędne, naturalne, łatwo dostępne, ale mają jedną wadę – nie są wydajne (stale trzeba uzupełniać wodę), no i w zasadzie można je stosować tylko na kaloryferach. Ręcznik od biedy zawiesisz na krześle albo wieszaku, ale to mało praktyczne i estetyczne rozwiązanie, choć najtańsze i w sumie najbardziej ekologiczne.

Bardziej optymalnym rozwiązaniem jest nawilżacz powietrza, najlepiej wyposażony w zestaw filtrów (wapienne do ograniczenia kamienia w urządzeniu i węglowe do wyłapania większych zanieczyszczeń). Nawilżaczy na rynku jest sporo: ewaporacyjne, ultradźwiękowe, parowe. Każdy ma zestaw wad i zalet, niemniej z całą pewnością każdy pomoże w walce z nadmiernie suchym powietrzem.

Optymalny nawilżacz powinien mieć szeroki zasięg, duży zbiornik, zapewniać odrobinę automatyki (np. powinien się automatycznie wyłączać po osiągnięciu zadanego poziomu wilgotności gdy zabraknie wody w zbiorniku). Powinien też być dość cichy i idealnie, żeby miał wbudowany higrometr, dzięki czemu czarno na białym można się przekonać, jaki realnie poziom wilgotności został osiągnięty. Warto też sprawdzić, jak producent radzi sobie z recyclingiem, jeśli jesteś ekologicznie nastawiony do życia... Niezależnie od tego, na co się zdecydujemy, nawilżacz powietrza to optymalny sposób na zapewnienie prawidłowej wilgotności powietrza w domu (polska norma to 78/B-03421, czyli w granicach 40 do 60 proc.).

Oczywiście trzeba też zachować zdrowy rozsądek. Jeśli mamy pokój nagrzany do 28 stopni i dodamy do tego nawilżacz powietrza, to... efekt tropików murowany, czyli idealne środowisko do namnażania się wirusów, bakterii, pleśni i wszelakiego innego paskudztwa. A tych gości w domu raczej mieść nie chcemy...

Ocena: Jeszcze nie ma ocen...

Kliknij, żeby dodać swój głos

Czy ta strona może się przydać komuś z Twoich znajomych? Poleć ją: