reklama

Mieć przyrodnie rodzeństwo... jest super!

Wiele się pisze o problemach, jakie mogą towarzyszyć rodzinom „patchworkowym”, to jest takim, które tworzą członkowie rodzin, które wskutek różnych sytuacji losowych nie przetrwały. Choć prawdą jest, że układ: rodzice, ich nowi partnerzy i dzieci z poprzednich związków jest dość skomplikowany, to nie oznacza to wcale, że ich codzienność nie może być taka ot, zwyczajna (choć taki drzemie w nas stereotyp).

Specjaliści, w swoich opracowaniach na temat rodzin patchworkowych, najczęściej skupiają się na rodzicach - na tym, jak ci mogą pomóc swoim dzieciom odnaleźć się w nowej dla nich rzeczywistości, jak sprawić, by zaakceptowały partnera i jego dzieci. Nas zainteresowała inna kwestia: jak to jest mieć przyrodnie rodzeństwo. Czy to zawsze jest sytuacja trudna? Okazało się, że niekoniecznie. Bywa, że mieć przyrodnie rodzeństwo jest... super!

Magda: Pierwszy z moich braci pojawił się, kiedy miałam 7 lat. Pamiętam, że bardzo go wyczekiwałam. W domu dużo wcześniej był wózek, bo w tamtych czasach kupowało się jak były, a nie jak już były potrzebne. Wózek był piękny, brązowy z wiklinową gondolą. Taki jak dla lalek, tylko że prawdziwy. Jak brat czy siostra, którzy mieli się pojawić.

Nie pamiętam żadnego ukłucia zazdrości, żadnego poczucia zagrożenia, strachu, czy najmniejszej obawy przed pojawieniem się rodzeństwa. Sądzę, że to głównie z powodu atmosfery w domu. Nikt nigdy niczego przede mną nie ukrywał. O wszystkich sprawach rozmawiano ze mną wprost. Rozumiałam, że moi rodzice się rozwiedli. Rozumiałam, kiedy po jakimś czasie mama wyszła za mąż po raz drugi. Rozumiałam, że pojawi się rodzeństwo i cieszyłam się z niego tak samo, jak rodzice. Wtedy zupełnie mnie to nie zastanawiało. Dopiero w dorosłym życiu zrozumiałam, że to była dość trudna życiowo sytuacja, którą moim rodzicom udało się rozsądnie rozegrać.

Nikt nigdy nie użył wobec mnie czy brata terminu "przyrodnia"/"przyrodni". Mówiło się po prostu "brat", "siostra". Będąc dzieckiem, w naturalny sposób przejęłam ten sposób mówienia i myślenia. A o istnieniu specjalnych form językowych dla tego rodzaju pokrewieństwa dowiedziałam się dużo później. Nie czułam się przyrodnią siostrą, czy pół-siostrą. Ani pół-córką, czy córką-przybraną. 

Zawsze byliśmy traktowani równo, sprawiedliwie, jednakowo. Nie przypominam sobie żadnej faworyzacji, różnicy w natężeniu troski. Jeśli zdarzało się, że trzeba było wybierać, kto z przodu siada na sankach, kto dostaje fajniejsze narty itp. to raczej wypadało na moją korzyść - z czego (choć nie ma się czym chwalić) świadomie i z satysfakcją korzystałam.

Pomimo sporej różnicy wieku, mieliśmy z bratem wspólny pokój, wspólne sprawy, wspólne zainteresowania. A potem i teraz wspólnych znajomych. Oczywiście wspólne konflikty i wojny też. Miał mniej więcej 12 lat, kiedy dowiedział się, że jestem córką z pierwszego małżeństwa naszej mamy. Niczego to nie zmieniło w naszej relacji.

Drugi z moich braci urodził się, kiedy byłam już na studiach i nie mieszkałam w rodzinnym domu. Dzieli nas ogromna różnica wieku. Ale o nim również nie myślę, ani nigdy nie myślałam w kategoriach "przyrodniego rodzeństwa". Wychowali nas ci sami ludzie, w tym samym domu. Urodziła nas ta sama kobieta, ten sam człowiek uczył nas jeździć na rowerze, lub samochodem. Jest nawet takie powiedzenie - że nie ten jest ojcem, kto spłodził, a ten kto wychował. Myślę, że jest w nim sporo racji. A rodzeństwo samo między sobą nie dokonuje rozróżnień, jeśli ktoś nie dokona ich wcześniej za nie, dając do zrozumienia (zachowaniem, traktowaniem, postawą) że jakiekolwiek różnice istnieją.

Z perspektywy czasu wydaje mi się, że najistotniejszą (ale też najtrudniejszą) rzeczą w problematycznej sytuacji jest szczerość. Dorośli często nie doceniają dzieci, sądząc, że są na coś za małe, zbyt kruche, że mają jeszcze czas. Tymczasem dzieci przeważnie rozumieją więcej i widzą jaśniej, niż nam się wydaje.

Myślę, że moje przekonanie o tym, że wychowuję się w normalnej rodzinie oparło się właśnie na szczerości moich rodziców. Do dzisiaj słysząc wyrażenia "przyrodnie rodzeństwo" czy "ojczym" dziwię się, jak bardzo mnie one nie dotyczą.

Kasia: Przyrodniego brata, o 20 lat starszego, ma mój tata. Mieli wspólna matkę, ale rożnych ojców. Brat jest dla taty jak ojciec, a jego żona - jak matka. Rodzice mojego taty zmarli, kiedy był małym chłopcem - miał 6 lat. Dwie sieroty - jego oraz o 2 lata starszego brata, przygarnął właśnie Marian, najstarszy z braci. Mój tata głośno mówi o tym, że jest mu wdzięczny za wychowanie, za miłość, za wszystko, co dostał. Całe jego życie, decyzje, wybory były konsultowane właśnie z nim – starszym przyrodnim bratem. Człowiekiem, który wychował nie tylko swoje dzieci, ale także dwóch braci. Teraz choruje - to przykre, bo nie poznaje niektórych osób. Ale pamięta Janka, mojego tatę, z którym łączyły go naprawdę szczególne więzy.

Marta: Mam dwie siostry - jedną przyrodnią (wspólny ojciec), która jest ode mnie o 10 lat młodsza i drugą, która jest przyrodnią siostrą mojej przyrodniej siostry (mają wspólną matkę) i jest ode mnie starsza o 3 lata. Czy to trudna sytuacja? To zależy przede wszystkim od charakteru "w nią zamieszanych", a także od ich wieku. Moja relacja z obydwiema siostrami jest, nazwijmy to, stabilna – pełna zaufania i zażyłości. Z tym, że trwa już dwie dekady. Początki zaś wcale nie były różowe. Z moją starszą siostrą chodziłyśmy do tej samej szkoły i nieraz pozwalałyśmy sobie na złośliwości wobec siebie. Później, gdy pojawiła się młodsza, w dużej mierze zbliżył nas do siebie nałożony przez rodziców obowiązek zajmowania się nią. W tym czasie starsza na długie lata stała się dla mnie autorytetem, który starałam się naśladować w każdym calu (miała wszystkie te cechy charakteru, na których punkcie miałam kompleksy). Obecnie mamy zdrową, partnerską relację, różne ścieżki w życiu zawodowym i prywatnym, i poczucie wzajemnego wsparcia w każdej trudnej sytuacji. Mamy też to świetne poczucie więzi, która pozwala się całkowicie zrelaksować wobec drugiej osoby, nie udawać kogoś lepszego.

Dla młodszej obie -  z racji różnicy wieku - byłyśmy bardziej jak "ciotki" niż siostry - dopiero od niedawna dostrzegamy w niej - i ona w nas - kumpelko-przyjaciółki. Już nie próbujemy na każdym kroku jej pouczać, pilnować i na siłę dzielić się doświadczeniem, wynikającym z popełnianych w przeszłości błędów. Patrzymy, jak dokonuje życiowych wyborów - i wiemy, że ma świadomość tego, iż zawsze może na nas liczyć. Doczekałyśmy się wreszcie czasu, w którym wszystkie razem możemy się oddać "babskim aktywnościom" - i które każdej z nas sprawiają niemałą frajdę. Jesteśmy więc przede wszystkim "siostrami z wyboru" (wyboru na takiej zasadzie, na jakiej wybiera się przyjaciół).

red.Monika Zalewska-Biełło

reklama

Niezbędniki w dziale rodzina