Nasz raj na chorwackiej wyspie Ciovo

Chorwacja – wstyd się przyznać – zawsze wydawała mi się... banalna.

Jakaś tak bliska, więc na pewno mało egzotyczna, zwyczajna – no i niemal wszyscy, którzy wybywali za granicę, jechali właśnie tam.

Aż któregoś dnia natknęłam się na zdjęcia z jakiegoś uroczego zakątka… Wyczułam w Chorwacji potencjał i zaczęłam się rozglądać za czymś wakacyjnie idealnym dla nas. I znalazłam, przynajmniej tak mi się wydawało. W oczekiwaniu na wyjazd sporo czytałam i szperałam na forum www.cro.pl – to kopalnia wiedzy.

Podróż

Na wyspę Ciovo jechaliśmy całą dobę (z małymi postojami i czterogodzinną przerwą na regenerację) - nasza trasa miała mniej więcej 1700 km. Byliśmy uzbrojeni w dobre humory, pozytywne nastawienie, bajki na DVD, płyty z muzyką, wodę, kanapki, pączki, kawę i inne zapychacze, a także winiety (kupione online – warto!), karty płatnicze (dwóch banków – obowiązkowo!), no i gotówkę. Pokonaliśmy całą Polskę wzdłuż, Słowację, Węgry, a także pół Chorwacji.

Pierwsze spotkanie z Chorwacją było dość oziębłe. Poznaliśmy się w słoneczny ranek, który swą wietrznością i temperaturą obalał teorię o śródziemnomorskości tych okolic. Było zaledwie 25 stopni! Sytuacja zmieniła się, kiedy wjechaliśmy w pięciokilometrowy tunel Sveti Rok, zwany podobno przez Polaków „ciepło-zimno”. Kiedy wyjechaliśmy, zalał nas żar z nieba – termometr wskazał nagle 35 stopni. A temperatura rosła…

Potem jechaliśmy, jechaliśmy, coraz szerzej otwierając twarze. Bo okoliczności przyrody wciąż się zmieniały. Byliśmy zdumieni pięknem krajobrazu, jego pazurem, drapieżnością, zdecydowanym charakterem. Góry, pustynia, kikuty drzew, ale i łagodne wodne "oczka" – to naprawdę robiło wrażenie. Kiedy zjechaliśmy z autostrady, na lokalnej drodze do Trogiru czekały na nas jeszcze większe emocje. Serpentyny dróg, wijące się pomiędzy nagimi skałami, nasyp kolejowy, który przyprawił mnie o zalążek zawału, a potem morze – lazur wody i biel (nie wiem, dlaczego tak to widziałam) Trogiru i wyspy Ciovo. Zamknęło nam twarze na dłuższą chwilę – wydawaliśmy tylko z siebie ochy i achy. Ale to były uzasadnione reakcje. Pełna egzotyka!

reklama

Nasz raj na wyspie Ćiovo

Przy naszym domu, położonym o 200 metrów od plaży (droga szła pod górę i była nachylona – nie przesadzam! – pod kątem 45 stopni), rosła bujna lawenda. I już wiedziałam, że będzie fajnie. Nasz apartament okazał się być miłym... mieszkankiem (50 m) ze sporym tarasem i widokiem na morze. Słyszałam więc cykady i gwar plażowiczów. Podobało mi się.

Mój pierwszy raz na plaży… Pomyślałam, że jestem w raju. Było tam tak biało, tak pięknie, ale i prawda jest taka, że kiedy zanurzałam się w adriatyckiej solance, niemal syczałam - moje ciało osiągało właśnie temperaturę wrzenia i było zbolałe po dobowej podróży. Pamiętam, że słyszałam tyle różnych języków, że nie byłam już w stanie rozpoznać, czy to grecki, chorwacki, rosyjski, holenderski, a może węgierski. Z polskim nie miałam problemów, ale rodaków nie było tam aż tak wielu, jak mnie uprzedzano.

Relaks

Dzieciaki całymi dniami pływały, nurkowały i łowiły co się da – i mają swoje małe sukcesy. Zakupiliśmy im siatki na ryby i motyle – opcje do wyboru. I tak wieczorami buszowali w lawendzie i łapali motyle, a za dnia, kiedy nie pływali, nie nurkowali, moczyli się koło pomostów, penetrowali skały - i przynosili mi rybki, kraby, krewetki, ślimaki, a i fajne kamyki. Dobrze się bawili.

Ja niekoniecznie lubię wodne stwory, a jeśli już, to tylko z daleka – nie mam nic przeciwko spotkaniu, w bezpiecznej odległości, rzecz jasna, w morskich przestworzach, gdy sobie nurkuję. Ale kiedy na jednej z plaż (Labadusa), zaczepialskie rybki zaczęły dziobać mnie po łydkach, nie byłam już taka rozanielona. Najczęściej więc trwoniłam czas, ładując akumulatory. Bo moja natura odkryła na starość swe karty – ja to „leżeć i leżeć, gapić się, kontemplować, myśleć, gapić się, czytać, myśleć”. Żeby nie było, w wolnych chwilach zbierałam kamienie i muszle, no i pływałam – dziesięć ruchów żabką w głąb i z powrotem (nie miałam odwagi powtórzyć dystansu z Sardynii, który był dziesięciokrotnością tegoż). Nurkowanie też jest niczego sobie, a nawet łał, mega i hiper, ale cóż - ciężko mi się było dopchać do rurki i maski.

Plaże

Najczęściej udawaliśmy się wgłąb wyspy, a właściwie wzdłuż. Po przekroczeniu granicy miasteczek i opłaceniu 10 Kun „haraczu”, jechaliśmy ku plażom małym, familijnym – oddzielonych od siebie skałami, ukrytymi w małych zatoczkach. Ku dzikości, która z dnia na dzień była coraz mniej dzika. Początek lipca to była cisza, pustka, intymność – a potem… Serio, jeszcze ze dwa dni i zaczynający się sezon wysoki zmusiłby nas do wąchania cudzych stóp także w miejscach, które stworzone są, by udawać bezludną wyspę.

Widoki były… mega! Wystarczyło spojrzeć – na jedno miejsce - pod innym kątem, z innej wysokości, o innej porze dnia… To magia wody, gór i urokliwe landszafciki, które kreowała nadmorska mgła. Widoki są bajeczne! No i te plaże… Każda z nich inna, niepowtarzalna – a zwiedziliśmy ich kilka, właściwie codziennie inną (ta strona wyspy to niemal 30 km szalenie urozmaiconej linii brzegowej, ze swobodnym dostępem do morza, ale byliśmy też w obcych stronach, w rejonach „pełniejszego” morza). Są różne: płaściutkie, żwirkowe, kamieniste, skaliste, białe, rude, szare, tłoczne, ale i niemal dwuosobowe. No a przepaści… Jest i adrenalina.

reklama

Trogir i inne atrakcje

Trogir to najbliższe spore, szalenie zabytkowe i atrakcyjne miasteczko. Jeździliśmy tam na lody, żeby wypłacić kasiorę z bankomatu, by pospacerować po pięknej, pięknej, pięknej starówce, no i wpaść na targowisko, żeby kupić pamiątki. Znaleźliśmy też cudowną lodziarnię, w której pan obsługiwał gości we wszystkich językach świata.

Sam Trogir jest urokliwy, ale gęsto w nim, gwarno - bardzo włosko. Ma świetny klimat! Zaś miasteczka – Mastrinka, Arbanija i Slatine, które ciągną się wzdłuż brzegu Ciovo, są takie ładne! Takie wakacyjne, letnie! Idąc – na przykład - poboczem wzdłuż brzegu, w każdej chwili można… zażyć kąpieli. Jest bowiem tak – od lewej – morze, plaża, ulica, pas domów i środek wyspy, czyli jedna wielka skalna pustynia, poprzecinana gajami i plantacjami. Czego – tego do końca nie wiem.

Wpadliśmy jeszcze na cały dzień do KRKA. To był piękny dzień. Plan obejrzenia Splitu, Omisa i Primosten odłożyliśmy na następny rok. Rafting – na kiedyś.

I na koniec

reklama

No to co - to ja może już zakończę. I tak bowiem, choćbym nie wiem, jak bardzo się starała, nie udałoby mi się w zamknąć w słowach tego gejzeru hrvatskich emocji, wrażeń, tęsknot, zachwytów, smaków i widoków. Mam masę zdjęć i wspomnień - wyspa Ciovo wraz z Trogirem stały się dla mnie synonimem szczęścia, beztroski, swobody. Zakochałam się bez pamięci. W tym roku wracamy tam znów – apartament zarezerwowanyJ.

Monika



Ocena: 4.35 z 5. Ocen: 56

Kliknij, żeby dodać swój głos

Czy ta strona może się przydać komuś z Twoich znajomych? Poleć ją:

Zobacz także

Costa Brava dla małych i większych

Costa Brava dla małych i większych

Zeszłoroczne wakacje to zdecydowanie najlepsze wakacje w moim życiu. Nie dość, że nie wydałam dużo...   Więcej

Z Kubusiem na Krecie

Z Kubusiem na Krecie

Kuba skończył 7 miesięcy, kończyły się też wakacje. Jak to od paru lat bywało to nasz czas na wyjazd i...   Więcej

U Pana Boga w ogródku

U Pana Boga w ogródku

Naprawdę się nam udało!! Udało wykraść parę dni dla siebie, dla rodziny. Tomek dostał CAŁE TRZY DNI...   Więcej

Dąbki. Raj dla maluchów

Dąbki. Raj dla maluchów

Jedyną miejscowością jaka jest godna polecenia to Dąbki. Mam malutką córeczkę. Ma zaledwie 2, 5 letnią. W...   Więcej

Lubelskie zacisze

Lubelskie zacisze

Moja historia to wakacyjny pobyt w miejscu idealnym. Można się w nim ukryć przed wielkomiejskim...   Więcej

Rodos - powrót do dzieciństwa

Rodos - powrót do dzieciństwa

Mój synek Mikołaj rok temu miał 1,5 roku. Postanowiliśmy wyjechać na pierwsze wspólne prawdziwe wakacje....   Więcej

reklama