reklama
Rodzina przez wieki

Rodzina przez wieki

Pokora, skromność i posłuszeństwo, czyli o wychowaniu dzieci w staropolskiej rodzinie

Rodzina – kolebka osobowości. To w niej, poprzez kontakt z najbliższymi – matką, ojcem, rodzeństwem, dziadkami - dziecko rozwija podstawowe funkcje psychiczne i kształtuje strukturę osobowości. Wrasta w świat kultury społecznej, poznaje i przyjmuje normy postępowania, zachowania się.

W obyczajowości staropolskiej rodzina miała podobne, jak nie jeszcze większe znaczenie, a wychowanie dzieci było bardzo ważnym elementem życia społecznego. Od niego przecież zależało, jakim obywatelem stawał się młody człowiek. Kształtowanie obyczajów i charakteru dziecka należało do podstawowych zadań rodziców i stanowiło podwaliny całego późniejszego życia. Stosunek do dzieci bywał wtedy odmienny od tego, jaki uznajemy dziś. W epoce staropolskiej kres dzieciństwa następował o wiele szybciej niż współcześnie. Całe wieki dzieci nie tylko ubierano, ale i traktowano jak małych dorosłych. W trosce o ich moralne wychowanie rodzice nie zezwalali swoim pociechom na próżnowanie, „ próżnowanie bowiem jest matką wszystkich występków”. Dzieci mogły pracować bądź oddawać się „igraszkom”. Dziewczynki wprawiały się w pracach gospodarskich i ręcznej robocie, a chłopcy urządzali choćby polowania na ptaki.

W dawnej Polsce szlacheckiej, rodzina charakteryzowała się trwałością, na ogół solidarnie wspierała swoich członków i murem stała za nimi w różnych sprawach oraz kształtowała postawy młodego pokolenia. Dominował w niej mężczyzna, mąż i ojciec, a jego władza była prawie nieograniczona – charakterystyczne cechy rodziny patriarchalnej. W jakimś stopniu stanowiło to odzwierciedlenie układu, hierarchii panującej w ówczesnym świecie. Zarówno od synów, jak i od córek oczekiwano pokory, skromności i bojaźni bożej. Dzieci musiały bezwzględnie podporządkować się rodzicom, a zwłaszcza ojcu, bowiem to właśnie on dysponował majątkiem i decydował o losie wszystkich domowników. Nazywano go „panem ojcem”, a dzieci nieśmiały nawet usiąść w jego obecności. „Swój szacunek wyrażały poprzez całowanie jego dłoni, obejmowanie za kolana, a w szczególniejszych okolicznościach padały do jego stóp. Gdy ojciec nie podał dziecku dłoni do pocałowania oznaczało to, że znalazło się ono w niełasce”. Nagminnie też stosowo kary fizyczne. Bywało, że rodzice przebierali miarę w tym karceniu. Rózga, dyscyplina, kańczug były w ciągłym użyciu, uważano je za znakomity środek wychowawczy. Klimat obawy i strachu bez wątpienia ujemnie oddziaływał na jednostki wrażliwsze psychicznie, o słabszej konstytucji fizycznej.

Ojcowie i matki

Pierwszym etapem wychowania zajmowała się matka. Do szóstego roku życia opiekowała się synem, a dzięki niej życzenia dzieci były spełniane. Mikołaj Rej podkreślał, że ważnym jest, aby matki „same dziatki swe i karmiły i wychowywały”. Ojciec organizował synowi przejażdżki, chodził z nim na spacery, zapewniał mu naukę jazdy konnej pod opieką nauczyciela, strzelania z łuku oraz władania szablą.  Między ojcem a dziećmi istniała więź oparta na tradycyjnych zasadach i … prostym strachu. Dzieci po prostu bały się ojca, jego gniewu, lękały o utratę pozycji, funduszów na wojaże, pobyt w mieście. Zakaz ojcowski uniemożliwiał podjęcie jakiejkolwiek decyzji. Ze szczególną rewerencją zwracano się do rodziciela także w listach.

Dla przykładu: w pierwszej połowie XVII wieku kilkunastoletni Jaś Ługowski pisze do ojca: „Znakomity, Szlachetny i Wspaniałomyślny Panie Ojcze i Dobrodzieju Najczcigodniejszy”. Podpisuje się zaś jako „Znakomitej, Szlachetnej Jego Wielmożności najuniżeńszy sługa i syn najposłuszniejszy Jan z Ługów Ługowski”. Zakaz ojcowski uniemożliwiał podjęcie jakiejkolwiek decyzji, odmowa z jego strony błogosławieństwa równała się nieszczęściu. Nic dziwnego, że młodzież  traktowała nieraz dom rodzinny nieomal jak więzienie. Ciągła obawa przed gniewem i karą, najczęściej fizyczną, jaka mogła spotkać młodego człowieka ze strony ojca i to zadawaną na oczach domowników i służby, budziła wielokrotnie rozżalenie.

Jeśli chodzi o córki, to wraz z zamążpójściem bądź wstąpieniem do klasztoru, przestawały być pod władzą ojca. W przypadku syna, osiągnięcie pełnoletniości, czy zawarcie związku małżeńskiego nie oznaczało, że pozbędzie się on całkowitej zależności od ojca. Dopóki żył ojciec, dopóty majątek był niepodzielny, nawet dorośli synowie zależni byli od jego woli i nie mogli liczyć na całkowitą samodzielność, chyba że ojciec zezwolił na małżeństwo i syna wyposażył. Władzę zachowywał ojciec aż do śmierci. Wspomnianej zależności dzieci nie powinno się jednak utożsamiać z terrorem, lecz raczej z wyłącznym prawem ojca do rozporządzania majątkiem. W rodzinach magnaterii i bogatej szlachty przekazywał on najstarszemu bądź jedynemu synowi jedno ze swoich starostw, a wprowadzając go na dwór królewski udzielał pomocy w uzyskaniu mandatu poselskiego na obszarze województwa i pomagał mu zrobić karierę. Z tego też względu ojca po prostu warto było słuchać. Surowość i twardość obyczajów nie oznaczała też całkowitego braku uczuć. Ojcowie po swojemu kochali potomstwo, w którym widzieli przedłużenie życia; starali się zapewnić mu przyszłość, wyedukować, wyposażyć, dobrze ożenić. Stosunki między ojcem a dziećmi układały się łagodniej w kołach wielkopańskich, podatniejszych na przejmowanie nowych wzorów obyczajowych.

Te surowe stosunki łagodziła czasem matka, która w obyczajowości szlacheckiej stanowiła postać bardzo szanowaną, czczoną. Matki były z natury łagodniejsze, darzyły dzieci cieplejszym uczuciem, chroniły je nie tylko przed chorobą, niedostatkiem, przeciwieństwem losu, lecz czasem także przed tyranią ojców. Ojciec nie raz kazał wychowawcom karać wszelkie przewinienia syna, matka zaś zakazywała realizacji tych poleceń. Zarówno wśród plebsu jak i szlachty się zniewaga matki uchodziła za ciężkie przewinienie. Trzeba jednak dodać, iż oschłe, obojętne, musztrujące czy wręcz okrutne matki zdarzały się, niestety, nierzadko. Zresztą nawet najlepsze troszczyły się o dzieci mniej niż współczesne. Stosunek do dzieci bywał wtedy w ogóle inny – często oddzielane od rodziców, przebywały głównie z mamkami, potem z wychowawcami. Nigdy nie były traktowane pierwszoplanowo, naczelne miejsce zajmowali rodzice. Szczędzono im tkliwości, pocałunków, uważając je za niestosowne. Powszechnie mniemano, iż pieszczoty, pobłażanie psują dzieci i przynoszą im szkodę.

Kolejną przyczyną składającą się na niedbałe i surowe traktowanie dzieci był też duży przyrost naturalny. Często zdarzało się, że kobieta rodziła kilka lub kilkanaście razy. Posiadanie dużej ilości dzieci gwarantowało należyte utrzymanie gospodarstwa. Z kolei w rodzinach szlacheckich i magnackich posiadanie licznego potomstwa gwarantowało trwałość rodzinie i pozwalało na zawieranie korzystnych związków małżeńskich. Choć dzieci przychodziło na świat dużo, niewiele z nich dożywało wieku dojrzałego, większość umierała już w niemowlęctwie. Przyczyny tak dużej śmiertelności były złożone. Za najważniejsze można przyjąć fatalny stan higieny, niski stan wiedzy medycznej i akuszeryjnej oraz ciężkie warunki bytowe. Wśród historyków występuje pogląd, że stosunek rodziców do dzieci był bardziej serdeczny w dobie odrodzenia, dopiero później zaś uległ ochłodzeniu, usztywnieniu.

Co jadły dzieci w dawnej Polsce

Aż do drugiej połowy XVIII wieku powszechnie zalecano, by niemowlęta przynajmniej do pierwszego roku życia, karmić przede wszystkim piersią – mlekiem matki lub mamki. Zwracano przy tym uwagę, jakimi cechami powinna odznaczać się karmiąca mamka -„mierna, nie gniewliwa”, jak powinna się odżywiać - „wystrzegać się pokarmów powodujących u dzieci wzdęcia, nie pić alkoholu ani kawy”. Ówczesne teksty zawierają wskazówki dotyczące pór przystawiania dziecka do piersi oraz tego, jakie powinno być kobiece mleko: o smaku słodkim, nie zaś słonym lub gorzkim. W przypadku, gdy dziecko nie mogło być karmione naturalnie, zalecano podawanie mu innych pokarmów płynnych, „miękkich i łacno strawnych”, mleka koziego lub krowiego rozcieńczonego wodą i osłodzonego; papki z chleba, gotowanego z masłem z dodatkiem soli.

Dzieci wieku od 2 do 7 lat otrzymywały już bardziej urozmaicone jedzenie, choć raczej dość monotonne. Niektóre zalecane dla nich polewki czy kleiki nie różniły się od tych przygotowywanych dla niemowląt. Na ich jadłospis składały się też polewki z chleba żytniego, pszennego oraz piwa, a także kasze na mleku (tatarczana, jęczmienna i jagły), rosół z kurcząt, niektóre owoce (jabłka i gruszki) i warzywa (kapusta). Za najlepszy napój uznawano wodę. Dzieci chłopskie dostawały do jedzenia to, co dorośli, czyli groch, kapustę, kluski.

Anna Czajkowska
pedagog, logopeda

reklama

Niezbędniki w dziale rodzina