Kontynuuję moją opowieść podróżniczą. Sobota.
Wstałam po 6, niestety Młoda wraz ze mną, prysznic, śniadanie, dopakowanie rzeczy. Przed 8 dostałam smsa od męża koleżanki, że holownik będzie dzwonił po 8 i numer do niego. Przed 8 śniadanie Młodej, po 8 przyjechała Pan z moim autem na lawecie, władowaliśmy toboły do mojej fury - sporo ich było - Młoda już miała przygotowane miejsce w kabinie - baza pod fotelik i fotelik i w drogę na autostradę. Po drodze umówiłam się w wawskim laweciarzem w miejscu gdzie mniej więcej mi się kończył assistance, oraz wydzwoniłam kogoś kto nas zabierze z gratami z serwisu w Wawie. Korków nie było, ok. 11 postój na kawę odpowiednuo zupkę, ok. 13 spotkanie z warszawską lawetą, która już na nas czekała w umówionym miejscu, przepakowanie nas i auta, drugie danie dla Młodej. Pod serwisem gdzie zrzuciliśmy auto bylismy po 16, przed 17 w domu z gratami i położyłyśmy się po owockach na chwilę, która u Młodej trwała do rana - bez kolacji - a u mnie do ok. 2 w nocy.