Powiem Wam troszeczkę dziewczyny jak to jest z tym czekaniem tak z perspektywy czasu... Ja właściwie tak bardzo bałam się dużego dziecka i w ogóle całego porodu i bólu że nakręcałam się niemalże od początków stycznia. Całkowicie niepotrzebnie bo jak już nakręciłam tą spiralę to dopiero się zaczęło i było już tylko gorzej. Sama sobie wkręcałam że muszę urodzić wtedy i wtedy bo mąż ma wolne, bo mama może zająć się Niuniem, bo to i tamto i siamto i nerwy już miałam tak poszarpane ze od końca stycznia chodzę z wyłączonym telefonem. Każdy ból, skurcz, śluz czy niekontrolowany sik szargał moje nerwy jeszcze bardziej. Byłam już na granicy wytrzymałości ale dalej się nakręcałam bo nie potrafiłam przestać. W końcu powiedziałam sobie dość. Pomogło mi stwierdzenie doktora ze 9.02da mi skierowanie na wywołanie. Trochę wyluzowałam. Po czwartkowej wizycie u nas w szpitalu porozmawiałam z mężem i powiedział że zrobi wszystko żebym nie rodziła w tej rzeźni. Wieczór spędziliśmy cudownie, tak jak za dawnych lat- dużo śmiechu i ogólnie relax. Jak około 3 w nocy się zaczęło to byłam pewna że to już to ale już nie byłam spięta tylko wyluzowana na maxa a jak trafiłam tu do szpitala to już niczego się nie bałam. Teraz wiem że warto czekać. Czekałam na Niunię ponad dwa lata i nie wiem czemu spanikowałam na finiszu.
A co do dużych dzieci. Dzisiaj jedna pani pobiła mój rekord i urodziła chłopca 4650.