Witajcie Dziewczyny,
dziękuję za powitania i dobre życzenia

Widzę, że wywołałam chwilową dyskusję o progestagenach, dobrze że się uspokoiło troszkę i że zawsze się znajdzie ktoś rozsądny, kto wytłumaczy! Bo faktycznie jeśli nie ma podstaw do obaw o progesteron, to nie warto brać syntetycznych hormonów - im naturalniej, tym lepiej! Ale jeśli trzeba, no to trudno, nie ma co ryzykować.
Ja jestem po wizycie u lekarza troszkę uspokojona, ale nie całkiem... Dość zabawnie było, bo chciałam się dostać jak najszybciej, a nie było terminów u gina, do którego zwykle chodzę (i który jeszcze nie wie o ciąży), więc zapisałam się na chybił trafił. No i trafił... na pana doktora, przesympatycznego zresztą, ale w wieku moich dziadków... Zobaczył moje bety, zobaczył niski wynik progesteronu i powiedział dwie sprzeczne rzeczy:
"Eee, ja w te progesterony to nie wierzę, jak nie miała pani robionego profilu hormonalnego, to taki pojedynczy wynik nic nie mówi" - wtedy się ucieszyłam, a na to pan doktor wpadł w gawędziarki nastrój i mówi:
"aa, bo pani to taka młodziutka, to nie wie, ale kiedyś to się inaczej badało, była próbka jak na cytologię, odczynniki, i na szkiełku się wszystko zaraz pokazywało, czy kondycja ciąży dobra czy niedobra... ale to było kłopotliwe, więc się już nie robi, tylko jakaś moda na progesterony... to się kiedyś nie badało, bo po co, jak za mało było progesteronu na utrzymanie ciąży, to już nic podawanie hormonów nie dawało..." - na to ja buzia w podkówkę, więc pan doktor znów się przestraszył i mówi:
"no ale to nic jeszcze nie wiadomo, no może starczy progesteronu, no dobra, to ja panią zbadam".
Potem dowiedziałam się jeszcze w czasie badania ginekologicznego, że mam tyłozgięcie macicy (żaden lekarz mi wcześniej tego nie powiedział), no i poszliśmy na usg, chociaż pan doktor ostrzegał uroczo: "to jeszcze wcześniutko (równo 5 tygodni), także no pęcherzyk pewnie zobaczymy, ale to nic nie znaczy, nie nie, no bo to jeszcze może być pusty pęcherzyk, ale czy ja to zobaczę dzisiaj? no nie zobaczę" - i tak sobie gawędził w tym stylu sam do siebie, co nawet było dość zabawne, tylko w sumie dotyczyło takich ważnych dla mnie rzeczy!
Na szczęście po usg pan doktor nabrał optymizmu - mam dobre, ciążowe endometrium, pęcherzyk siedzi w dobrym miejscu, i jak powiedział pan doktor: "coś tam w środku jest, także ciąża prawidłowa - chociaż głowy to oczywiście nie dam!". Dał mi nawet zdjęcie mojego "cosia", troszeczkę się rozczulił i już zaczął planować prowadzenie ciąży i założenie karty za dwa tygodnie. Nie miałam jakoś serca mu powiedzieć, że chyba jednak pozostanę przy swoim ginie... Ale w sumie wyszło dość optymistycznie, na koniec zaś dostałam receptę na duphaston, bo pan doktor wprawdzie nie wierzy w to wszystko, ale: "jak ma się pani lepiej czuć i mniej stresować, to dam!".
Bardzo mieszane odczucia z takiej wizyty! Ale mam cichą nadzieję, że będzie dobrze
