No to i ja sie dolacze ze swoim opisem mialam latwo w porownaniu do was...
(Rodzilam w Irlandii w miescie Cork) Z gory przepraszam ze taki dlugi opis...
Termin porodu mialam wyznaczony na 20 marca, ale ze nic sie nie dzialo dostalam termin na wywolanie na 28 marca na 20.30. Smutno mi bylo ze dzidzia sila na ten swiat bedzie zapraszana, ale nie bardzo mialam wybor! Psychicznie juz sie na to przygotowalam, w noc przed ledwie zmruzylam oko, a zasnelam dopiero nad ranem. Obudzilam sie kolo 7 i poczulam ze cos mi dziwnie mokro, gdy poszlam do lazienki zobaczylam duzo wodnistego sluzu i jasna krew no i spanikowalam... Wyciagnelam jeszcze bardziej spanikowanego meza spod prysznica i udalismy sie do szpitala. Tam badanie i ktg okazuje sie ze mam 2 cm rozwarcia i ze porod sie zaczal.... Oboje w ryk!! Ze wzruszenia ze to juz i ze strachu...ze to juz!!! Pozwolili mi wrocic do domu i czekac na rozwoj akcji a jak sie nie rozwinie to i tak przyjechac o tej 20.30 co ja mialam wyznaczona! Wrocilam do domu i zaraz zaczely sie skurcze, takie tam delikatne prawie nic. Zjadlam sniadanko, pojechalismy wraz z moja siostra na zakupy (no cos trzeba bylo zjesc na obiad,nie? Energia bedzie potrzebna

)Skurcze sie wzmacnialy i byly regularne ale do wytrzymania! Wzielam kapiel, zjadlam obiad, skurcze sie wzmacnialy i juz mi sie wydawalo ze sa bardzo mocne! (to bylo zanim poznalam co to znaczy
BARDZO MOCNE SKURCZE). Ok. 18.00 juz byly czesto co ok. 5 min no i dosc dokuczliwe! Maz sial panike i ciagle mnie staral przekonac ze to juz czas smigac do szpitala, a mnie szlak trafial ,bo to moja decyzja itp. (wiecie same jak to jest jak sie rodzi - nie lubi sie cwaniakowania przy nas

) Biedak myslalam ze zejdzie na zawal ze stresu, chyba myslal ze mu urodze w samochodzie (zaznaczam ze szpital 3 min. od domu) W koncu kolo 19 (ku radosci meza) zdecydowalam ze czas ruszac do szpitala skurcze mialam co 3 min po minucie!
Gdy zajechalismy przytomnie poinformowalam pielegniarki ze jestem i kazaly mi poczekac w poczekalni! Troche sie zdziwilam ale bylam zbyt zaaferowana dosc silnym bolem aby rozmyslac! Po ok. 10 minutach (ktore zdawaly sie byc 10 godzinami) weszla radosna polozna i kazala isc z nia, po czym kiedy ja sie praktycznie doczolgalam na sale zdziwiona spytala: CZY COS CIE BOLI?? Wtedy juz nerwy mi puscily i oznajmilam ze owszem boli, nieco! Okazalo sie ze kolezanka jej nie powiedziala ze ja rodze i ze nie przyjechalam na wywolanie porodu tylko RODZIC!
Po wyjasnieniu "nieporozumienia" zostalam podlaczona pod ktg na 30 min, badanko a tu okazuje sie ze ja mam 2,5 cm rozwarcia po calym dniu bolow!! Zalamka! Zostalam wyslana do wanny z goraca woda w celu przyspieszenia i tam to juz myslalam ze zejde smiertelnie z bolu! Wytrzymalam godzine i wyslalam meza do poloznej szykowac znieczulenie! Po kolejnym pol godzinnym ktg (gryzlam sciany) dostalam zastrzyk w udko i kazaly isc sie polozyc, zostalam sama bo niby mialam sie zdrzemnac, niestety zastrzyk spowodowal niemilosierne mdlosci i wymioty ale nic nie pomogl na bol! Taka zarzygana w kiblu znalazla mnie inna polozna i natychmiast pogonila mnie na porodowke, w miedzy czasie wolajac lekarza od znieczulen! to bylo ok 2 w nocy dostalam znieczulonko w kregoslup no i do 8 rano to byla bajka! Zero bolu nic! Maz pojechal pospac i ja tez kimalam tylko mialam wysoka goraczke (nie wiadomo czemu) wiec musialam pic duzo wody i ciagle mnie budzily! (Polozna i studentka byly BOMBA). O 8.30 zaczelam przec i przy wsparciu meza i poloznych
o 9.31, 29 marca 2006 roku na moich oczach (maz podpieral mi plecy)
przyszla na swiat moja najdrozsza, najpiekniejsza kruszynka! Dostalam ja w ramiona i nigdy nie zapomne tych malenkich, wystraszonych, wymeczonych po tylu godzinach porodu, ale jakze ufnych oczek! Pierwszy oddech i pierwszy placz.... Cud normalny cud od Boga...