reklama
Forum BabyBoom

Dzień dobry...

Starasz się o maleństwo, wiesz, że zostaniecie rodzicami a może masz już dziecko? Poszukujesz informacji, chcesz się podzielić swoim doświadczeniem? Dołącz do naszej społeczności. Rejestracja jest bezpieczna, darmowa i szybka. A wsparcie i wdzięczność, które otrzymasz - nieocenione. Podoba Ci się? Wskakuj na pokład! Zamiast być gościem korzystaj z wszystkich możliwości. A jeśli masz pytania - pisz śmiało.

Ania Ślusarczyk (aniaslu)

  • Masa kreatywności, czyli Farma Świeżości!

    Wskakuj na Farmę Świeżości i sprawdź propozycje dla dzieci 3-10 l. Jasne, że wskakuję.

    Nie zapomnijcie wziąć udział w konkursie Netto: Zdobądź nagrody!

reklama

Mój poród

Maggusia

Fan(ka)
Dołączył(a)
14 Październik 2005
Postów
3 468
Dziewczyny jedynie bylam zadowolona z pokoju w ktorym byla lazienka telefon internet telewizor(trzeba bylo wrzucic pare funtow zeby moc skorzystac z tego ja nawet nie mialam sily na korzystanie z tv netu czy tel);-)
Podobalo mi sie tez to ze gdy bylam w wannie przychodzily pielegniarki(akurat te na tej nocnej zmianie nie byly takie zle)ktore ciagle sie pytaly czy wszytskow porzadku.
Moja mama i moj M mogli napic sie kawy i roznych napojow lecz jak ja jadlam jesc nie dostawali wiadomo dlaczego:eek:
Wkurzylo mnie tez to ze jak zaczelam rodzic wsadzili mnie nawozek inwalidzki wszytskie rzeczy doslownie wszystkie wraz z nosidelkiem i mojimi kosmetykami kazali wziasc z pokoju na sale porodowa ciagle sie nad tym zasatanawiam dlaczego:confused:
Pozniej jak urodzilam to kazali zejsc z lozka porodowego (a ja myslalam ze mnie jakos przewioza) taka pozszywana i wziasc dziecko na rece i siasc znow na wozek inwalidzki i zabrac znow wszytskie rzeczy oprocz nosidelka i zawiezli mnie do gory lecz mojej mamie ani M nie pozwolili ze mna isc.
Synek plakal mi do prawie 7:00 nad ranem (mialam pokoj przy recepcji zaraz bo nr 1) i zadna z pielegniarek nie przyszla mi pomoc!:-(musialam sama go uspkajac a ja bylam naprawde wykonczona po tak dlugim porodzie(przynajmniej jak nie chcieli juz mi pomagac to powinni pozwolic jednej osobie z rodziny zostac przy mnie):szok:
O godzinie 8:30 przyszedl lekarz i kazal mi sciagnac wszytsko od pasa w dol i spogladal na moje szwy no a wiadomo wszytsko swierze i krwi strasznie duzo i ja taka wykonczona bo urodzilam i jeszcze lulalam synka tak dlugo.
Na koniec wam powiem ze jak urodzilam to wyjelam z polki kurczka polowke ktora mi mama przyniosla z ziemniakami i surowka i calego zjadlam doslownie cala ta polowke!wyobrazacie sobie hehe:-)
 
reklama

Viktoria_Seres

Fanka BB :)
Dołączył(a)
13 Październik 2009
Postów
313
Miasto
Pruszcz Gdański
To może ja opowiem o mojej cesarce.
Jestem dość na świeżo, cesarkę miałam 2.11.2009.
Nie było to planowane, ale może zacznę od początku.
30 października trafiłam na patologię ciąży (szpital Wojewódzki w Gdańsku), ponieważ byłam po terminie, termin był na 19 października.
Jako, że był to piątek i nikomu się nie spieszyło, zbadano mnie tylko i położono.
Nie miałam ani rozwarcia ani skróconej szyjki, wody czyste więc ogólnie na poród się nie zanosiło, a powinno. Dodam że wszystkie terminy wychodziły mi takie same, więc o pomyłce raczej mowy nie było.

W sobotę po badaniu ordynator stwierdził, że jest ok, ale leżeć wiecznie nie mogę więc trzeba coś zaplanować. I tak postanowił, że w niedzielę wszczepi mi balonik w szyjkę by zrobił rozwarcie.
Rano w niedzielę zrobili mi ten okropny zabieg, trochę rozciągali też szyjkę mechanicznie- ból masakryczny...wieczorem balonik sam wypadł, odszedł czop śluzowy, co powinno oznaczać, że mam rozwarcie.
Badanie...a tu cienko, rozwarcie ledwo na dwa palce.
Postanowiono, że w poniedziałek rano podłączą mnie pod oksytocynę.
Zamierzano podać mi dwie pompy, a jeśli mimo to nie urodzę to kolejnego dnia znów dwie.

W poniedziałek rano zbudzono mnie o 5. Pani położna kazała mi się pakować i iść na sale porodową. Tam czekała pompa i lekarz.
No to poszłam, po drodze zadzwoniłam po męża żeby przyjechał bo idziemy rodzić, a poród miał być rodzinny.

Podłączyli mnie do pompy, badanie, rozwarcie bez zmian, oksytocyna leci.
Na zmianie trzy położne, ale żadna nie zainteresowana moją skromną osobą.
Koło 6. 15 pojawił się mąż. Nic mnie nie bolało mimo, że chwilę już pod kroplówką spędziłam, na ktg brak skurczy. Żartowaliśmy, wesoło nam było, ogólnie luzik.

Aż tu nagle (buduję napięcie :p) ok. godz 7 złapał mnie pierwszy skurcz i musze powiedzieć, że bolesny. Słyszałam, że po oksytocynie od razu ma się silne skurczę, więc byłam szczęśliwa, że coś zaczyna się dziać.
Ok. 10.30 ból był już nie do wytrzymania i skończyła się pierwsza pompa.
Badanie…rozwarcie bez zmian…

No ale pan doktor stwierdził, że skoro mam takie skurcze to pójdzie dalej, więc druga pompa i czekamy.
Z mężem próbowaliśmy wszystkiego by mnie mniej bolało, chodziliśmy, skakaliśmy na piłce, siedziałam, leżałam, ale i tak wyłam z bólu.
Położne zero zainteresowania, tylko zachodziły robić ktg, a tak to kawka i śmiechy na korytarzu porodówki.

Druga pompa na szczęście leciała szybciej i o 13.30 byłam po niej. Przyszło tym razem dwóch lekarzy..badanie…a tu rozwarcie na trzy palce…normalnie sukces…:/
Byłam załamana i nie widziałam ze zmęczenia na oczy.
W końcu ordynator stwierdził, że musi zakończyć jeszcze tego samego dnia moją ciążę, bo już tyle się męczę, że kolejny dzień byłby morderstwem.
Postanowił przebić mi wody , i podłączyć trzecią pompę, wtedy akcja miała ruszyć z kopyta.

Przebili pęcherz…wcześniej myślałam, że większy ból jest nie możliwy niż ten który odczuwałam, ale po przebiciu uzmysłowiłam sobie, że jest możliwy.

Nadal łaziłam po sali wisząc na mężu, żeby sobie ulżyć. Po pól godzinie od przebicia wód przyszedł lekarz i zbadał mnie…bez zmian rozwarcie…lekarz przyniósł mi papiery o cesarce do zapoznania…

Ok., godz 14.45 mój mąż nie wytrzymał i wezwał lekarza bo padałam z nóg, a położne nadal miały nas gdzieś.
Przyszło dwóch lekarzy..badanie…bez zmian…
Stwierdzili, że to nie ma sensu bo już i tak nie mam siły urodzić naturalnie i zdecydowano o cesarce.
Podpisałam papiery które kazali, nie czytałam nawet, bo chciałam już nie czuć nic i dostać to znieczulenie.
Wcześniej bym nie pomyślała o cesarce, a znieczulenia zewnątrz oponowego bałam się jak ognia, a w tamtym momencie nie mogłam się tego doczekać.
Położyli mnie na łóżku i jazda na salę operacyjną.
Mąż za nami bo kazałam mu czekać na mnie pod drzwiami.

Na sali mili lekarze, szczególnie pani anestezjolog. Podała mi znieczulenie i byłam naglę taka szczęśliwa, że mnie nie boli jak chyba nigdy przedtem.
Cała cesarka trwała ok. 30 minut.
W pewnym momencie usłyszałam jak lekarze mówią, że dziecko tak pozakręcane pępowiną, że i tak by trzeba było ciąć.
Po chwili pierwszy płacz. I wtedy już się przestało wszystko liczyć.
Zaszyli mi brzuch, pokazali na sekundę dziecko…najpiękniejszy chłopiec na świecie.
Zanieśli go do męża i poszli razem ważyć itp.
A mnie zawieźli na położnictwo. Położyli i leżałam sparaliżowana po znieczuleniu.
Dali mi go trochę za dużo, więc rękami też za bardzo ruszać nie mogłam.

Po godzinie zaczęło schodzić trochę znieczulenie, miałam władne ręce. Oddzwoniłam do męża, bo wcześniej nie mogłam odebrać.
Był szczęśliwy:) Powiedział o synku jaki duży itp i że na telefonie mam jego zdjęcia. ( bo w czasie cesarki mój telefon miał mąż i potem przekazał mi go przez salową). Leżałam potem i kilka godzin oglądałam kółko trzy zdjęcia. Na sali było duszno więc nie spałam. Dwa razy znów mogłam zobaczyć synka na żywo jak mi go przystawiali do piersi- super uczucie.

O 3 w nocy przyszły położne, żeby jak to nazywały „uruchomić pacjenta”. Zapaliły światło i kazały mi wstać. Wszystko mnie bolało, szczególnie brzuch, ale ich to nie obchodziło. Podniosły mi plecy łóżka do góry i krzyczały że mam wstać.
Zwlokłam się, poszłam do umywalki.
Po chwili wjechało łóżeczko z dzieckiem;) od tej chwili było ze mną na sali.
Pierwszy dzień był trudny, bo ciężko mi było wstać bo brzuch bolał, ale się dało.
Drugiego już śmigałam.

W szpitalu byłam 5 dni, bo podejrzewano żółtaczkę, standartowo po cesarce trzymają 4 dni.
Ogólnie po tygodniu spędzonym w szpitalu myślałam już tylko o tym, żeby wrócić do domu. Tak samo moja koleżanka z Sali…przetrzymali ją dwa dni dłużej z tego samego powodu co mnie…przynajmniej mogłyśmy sobie razem popłakać;)

Trochę nie miła była pani pediatra…ciężko było się od niej czegokolwiek dowiedzieć, na każde pytanie odpowiadała w drzwiach lub wcale nie odpowiadała.
Wszystkie informacje wyciągałyśmy od ginekologów- oni byli bardzo fajni, tak samo ordynator.

Poród może nie najlżejszy, ale jak patrzę na mojego Pawełka to mogliby mnie torturować jeszcze kilka dni;)
Warto się trochę pomęczyć;)
 
Do góry