Cześć dziewczyny, w końcu mam chwilę, żeby coś napisać.
Lilija, pytałaś, jak się maluchy przed porodem zachowywały: Kaja była bardzo aktywna. Poprzedniego dnia chyba przez 3 godziny non stop się przewracała w brzuchu i potem przerwa i znów wieczorem. Jak teraz sobie przypominam, to inny zwiastun porodu to jednak był taki dość silny skurcz w środę po południu, ale jeden, za to rano jak się zaczęło, to szybko poszło.
Amor, nie wyobrażam sobie takiego zachowania teściów. Ja bym ich chyba wyprosiła.
Za nami kryzysowy dzień. Wszystko przez nawał pokarmu. Noc lekka, tylko 2 karmienia o 2 i 5:30. Rano wstałam, cała zadowolona, że Kaja taka spokojna i dużo śpi. Czułam, że pokarmu coraz więcej, ale nie zdawałam sobie jeszcze sprawy, że sytuacja robi się poważna. Dopiero na porannym obchodzie maluszków okazało się, że nie jest tak różowo. Mała trochę straciła na wadze, ale w normie (2884g). Jednak jak powiedziałam, że mam twarde piersi, pielęgniarka spojrzała i powiedziała, że to nawał, żeby uważać, bo zaraz będzie problem, że trzeba małą częściej budzić na karmienie, bo nie powinno być tak, że ja mam nawał, a ona chudnie. No więc próbowałam ją karmić i okazało się, że są problemy, że ona już nie może uchwycić tej pełnej piersi, która jest 2 razy większa od jej głowy. Mniej więcej wtedy okazało się, że rzeczywiście nie mam laktatora, bo W zapomniał mi go przynieść, a ja nie sprawdziłam tego. Strasznie długo się męczyłam, żeby ją przystawić, ona krzyczała, złościła się, że nie może złapać. Dopiero pani, która przyszła zrobić jej badania przesiewowe, jakoś ją przystawiła, żeby porządnie się najadła, ale i tak było ciężko. Za 2 godziny to samo, po walce, udało się nakarmić. Kiedy dowiedziałam się, że faktycznie wszystko jest ok, że dostanę wypis. Zadzwoniłam po siostrę, żeby przyjechała za godzinę, prysznic, odebranie dokumentów, jazda do domu, po drodze sklep, bo do końca weekendu jestem sama. Z tego wyszło, że od ostatniego karmienia minęło 3,5 godziny, a moje piersi już naprawdę jakby pękały. Kiedy nie mogłam znaleźć w domu laktatora, myślałam, że się popłaczę, na szczęście znalazła go moja siostra. Okazało się, że po takim czasie nawet laktatorem ciężko coś z piersi wyciągnąć Trochę nad tym popracowałam, potem próbowałam małą przystawić i znów ryk. Nie mogła uchwycić i się przyssać no i mało jej lciało, co było dodatkowo zniechęcające. Z pomocą siostry jakoś ją w końcu przystawiłam, ale tylko z 10 minut pojadła i jeszcze ulała. Po karmieniu z pomocą laktatora jakość doszłam do stanu znośnego, chociaż mam problem z prawą piersią - nawet do laktatora słabo leci, a jednocześnie z lewej pokarm leci sam, kiedy ściągam z prawej. Szybko czas zleciał. Wieczorem pierwsza samodzielna kąpiel, wstawiłam wanienkę do wanny, ale chyba jednak trzeba będzie wypróbować stojak na nią, który dostałam od siostry, bo teraz na koniec dnia wrócił mój ból kręgosłupa. Myślałam, że jedna pielucha zmieniona przed kąpielą, to dobrze, że będzie spokój na jakiś czas, a tu się okazało, że jak ją po kąpieli karmiłam, to jeszcze 3 pieluszki trzeba było zmienić. Oczywiście przystawienie też nie bez walki, mała ewidentnie ma problem z tymi napompowanymi piersiami. Zasnęła najedzona na pewno, ale po 1,5 godzinie zakrzyczała, jak się okazało, znów miała pełną pieluchę. Kolejnie przewijanie, karmienie - tym razem wyjątkowo szybkie, widać, że zabiegi z laktatorem działają. Mała w końcu zasnęlam, a ja miałam chwilę czasu, na ogarnięcie się w nowej sytuacji i relaks tu na forum. Niestety czuję, że wszystko przez ten brak laktatora, ale nie mogę mieć pretensji do W - sama jestem dokładnie taka sama.