Ja mam inną sytuację niż Wy pod tym kątem, a i tak mnie przeorało to wszystko.
Wczoraj jak jechałyśmy na wizytę to ja oczywiście w stresie, a Żona mówi „spójrz, rok się kończy… cały rok totalnego stresu wokół ciąży, to w gruncie rzeczy wykańczające”. I ma rację. Najpierw Biochem, później torbiel, a to monitoringi, wyjazdy do Danii na ostatnią chwilę na iui…
Później ta Grecja, badania, leki, czekanie na stymulację, bo akurat pierwszy raz od 40 lat Wielkanoc prawosławna się zgrała z majówką i cały kraj wyłączony z życia (ja to mam szczęście

). Stymulacja, organizacja wyjazdu na punkcję, czekanie na wyniki, czekanie na zgodę na badania genetyczne, co się przeciągało, czekanie na wyniki tych badań. Stres czy znowu mi się okres nie zaczyna tak, że transfer wypadnie w trakcie urlopu w klinice, więc znowu by trzeba było przekładać (był w pierwszym dniu po tym urlopie), organizacja wyjazdu na transfer, problemy z lotami…
Znowu czekanie, ta beta taka niejasna, plamienia cały pierwszy trymestr, krwawienie, izba, krwiak. Problemy z tym tętnem, niepewność z sercem.
Nie powiem ile pieniędzy w to wszystko włożone, bo to całościowo w grubych setkach tysięcy można liczyć.
I mimo, że wiedziałam, że mam duże szanse powodzenia in vitro to serio ten rok nas wykończył pod tym względem. Także trochę z innej strony, ale łączę się w kosztach walki.