Jestem ostatnio bardzo rozżalona i właściwie nie wiem, co zrobić ze sprawą, która mnie martwi. Mój synek chodzi do publicznej podstawówki i, wiadomo, są tam dzieci bardzo różne. Ale mimo wszystko większość plasuje się w takiej "średniej klasie średniej" i może mają jakieś problemy w rodzinie, ale nie są to znowu takie straszne rzeczy. Tylko jeden chłopiec w klasie jest z naprawdę biednego domu i tu się zaczyna problem. Dzieciak naprawdę przychodzi do szkoły w podartych ciuszkach, ma jeden zeszyt do kilku przedmiotów, a drugie śniadanie "pożycza" od kolegów. Nie jest brudny ani zaniedbany, po prostu zwykły chłopak, tylko, że w zimie biega w tenisówkach! Oczywiście dzieci się śmieją, ale chłopak jest dumny i nie pozwala. Tak samo jego mama, która wychowuje sama jego i trójkę rodzeństwa. Stara się, pracuje, ale nie jest w stanie utrzymać dzieciaków. Najgorsze, że to też bardzo dumna kobieta i nie chce przyjąć żadnej pomocy, mimo, że wychowawczyni wielokrotnie jej to proponowała. Serce mi się kraje, patrzę na chłopca i strasznie chce mi się płakać – strasznie chciałabym go jakoś wybawić z tej sytuacji, ale przecież go nie porwę i nie wychowam, a jego matka nie chce słyszeć o żadnej formie pomocy. Jak to rozwiązać...
oczy widzac dzieciaka w tramkach o tej porze roku... 