Hej,
jestem po wizycie na ip. Wieści niby ok... Po pierwsze mam się nie denerwować, bo 8 dni po terminie dopiero, a za urodzone w terminie dziecko uważa się takie, które przychodzi na świat między 38 a 42 tc. Poza tym termin wg pierwszego usg mam na 9.06 więc tym bardziej powinnam wyluzować (szkoda, że pierwszy raz dopiero ktoś mnie o ten termin zapytał). Tętno super, ruchy super, macia - miniaturowe spięcia jak zwykle. Szyjka bez zmian, przepuszcza 1 palec. Ciśnienie mam 100/60 więc wszystko w porządku. Według lekarza, który był na dyżurze, mam przyjść za 2 dni czyli we wtorek 14.06 na kolejne ktg...
Problem w tym, że za dwa dni, właśnie 14.06 to według mojego lekarza miałam przyjść na oddział już, na wywoływanie. Ale mojego lekarza nie było i okazało się że jest na urlopie

((( Postanowiłam mu przerwać urlop i zadzwonić, żeby mi pomógł coś ustalić, przyspieszyć, ale ma wyłączony telefon

((
I niby mam być spokojna, ale cholernie mnie to czekanie rozpieprza psychicznie. Schizuję już normalnie. Już naprawdę wolałabym nawet dzisiaj podpiąć się pod oxytocynę, żeby zobaczyć czy coś ruszy niż czekać kolejne 2 dni, a potem kolejne...
A wszyscy dzwonią i dopytują, a ja już mam dosyć. W jakiejś mądrej książce (chyba Tracy Hogg) jest napisane, że jak zajdziesz w ciążę i będziesz miała wyznaczony termin porodu, to koniecznie (dla własnego spokoju ducha) dodaj do niego 10 dni i tę nową datę podawaj bliskim i znajomym jako termin. Unikniesz wtedy tych wszytskich pytań, nerwów... Pomyślałam wtedy - głupota! A teraz wypluwam te słowa i wiem, że przy kolejnej ciąży na pewno tak zrobię.
No dobra, nie chcę Was zanudzać moim przeterminowaniem...
Katamisz - powodzenia na cc i czekamy na wieści, szczegóły, fotki
Cinamom - naprawdę bardzo Ci dziękuję za troskę i sms-ka
Madzioolka - gratuluję cudnej córeczki
Aaga - welcome home!