Szpital SPSK 1, ul. Staszica, Lublin. Rodziłam w 2021 (upały 36 stopni), niestety przebywałam na oddziale 2 tygodnie. Najpierw na patologii ciąży - oprócz tego, że oczywiście ciasno i niewygodnie, to położne bardzo w porządku były, no i jest tam klima. Podejście lekarzy - w momencie gdy tam byłam zarządzał Profesor Krzyżanowski- jako człowiek wydaje się ok z poczuciem humoru. Jako lekarz - zapewne ma ogromne doświadczenie i wiedzę (pewnie nie jedno życie uratował)- ale podejście do pacjentek- typu "bez dyskusji", styl patriarchalny do pacjenta. Dla wszystkich propozycja zastosowania balonika celem wywołania porodu. Z tego co wiem, WHO nie rekomenduje tej metody. 4 Panie, które to nosiły i tak urodziny przez cesarskie cięcie - to oczywiście możne być kwestia przypadku. Wszystkie po porodzie miały podwyższone crp i włączoną antybiotykoterapię ( może kwestia upałów - oczywiście się nie znam). Co do innych lekarzy - to byli różni w sensie podejścia do pacjenta. Atmosfera między nimi, moje odczucie, że napięta.
Nie powiem, na oddziale są wdrożone procedury - każdy wie co ma robić, widać podział obowiązków. Szczególnie widać to po operacji. Na opiekę po operacji (pierwsza doba) nie mogę powiedzieć złego słowa i pod względem podejścia do mnie i do dziecka.
Problemy pojawiają się, kiedy jesteś tam za długo. Warunki po porodzie - dla mnie były fatalne. W pokoju 2 osobowym - były 4 kobiety i 4 dzieci w szpiatalnych wozeczkach. Pokój może miał 8 metrów. O spaniu zapomnij. Nawet nie miałam swojej szafki. W pokoju 30 parę stopni, lało się z nas. Materac był tak krzywy, że dziecko turlalo się na nim - musiałam podglądać wałki. Ubrania, pieluszki dostępne.
Jedzenie - kolejny rozdział - dramat. Miałam cukrzycę - dla cukrzyków była specjalna dieta. Ale to śmiech - nie wiem kto to zatwierdza. Typu zupa breja z rozgotowanym pszennym makaronem i ziemniakami. Schudłam przed porodem 2kg. Glikemia tak mi się rozlegulowala - że dostałam dodatkowa insulinę przed posiłkami. Był czas pandemii, wizyty ograniczone, nikt nie mógł mi dostarczyć posiłków.
Położne po porodzie - to zależy która. Były osoby profesjonalne, które chętnie dzieliły się swoją wiedzą i doświadczeniem. Były też panie ( te trochę starsze), które na pytanie pacjentki, "boli, czy mogę coś dostać"- odp. " Co ja pani poradzę, było sobie urodzić naturalnie". Ta pani akurat, bardzo chciała urodzić naturalnie, chodziła z tym balonikiem, no i skończyło się cięciem w ostatniej chwili. Jedna pani wypalona ma maksa, przychodziła sprawdzać saturację o 1 w nocy, świecąc światło tak specjalnie by obudzić nas z tego czuwania. Oczywiście pełna agresji, szukająca pretekstu do kłótni.
Dziecko miało żółtaczkę. Ja byłam ok. Przyszedł Profesor - "co pani tu jeszcze robi? Pani do domu, dziecko zostaje". Sposób powiedzenia tego był....... Ja walczę, że nie, nie zgadzam się. On do mnie "bez dyskusji". Rozumiem, miał swoje powody - ale na litość boską - nie w ten sposób! To nie ma nic wspólnego ze współczesnym protokołem komunikacji lekarz- pacjent!!!
Inna sytuacja - przed obchodem , przychodzi oddziałowa, mówi do kobiety z mojego pokoju - "Połóg odbywamy w koszuli, nie w piżamie ( głosem jak do dziecka w podstawówce)". - "Nie mam już czystej, to zwiewne spodenki". - "Nic mnie to nie obchodzi" itd. T r a g e d i a. W sensie rozmowy z pacjentem.
Na pochwałę zasługują salowe- niezwykle zapracowane, empatyczne, zmęczone.
Mogłabym dużo pisać. Po 2 latach dalej to wszystko pamiętam. Bo dodam jeszcze, że przez chyba 4 dni dawano mi sprzeczne informacje co do powrotu do domu. Ginekolog wypisywał do domu, pediatra mówił że nie. I tak codziennie. To była starsza chustawka emocjonalna.
Dodam, że jest jedna łazienka na cały oddział.