Witajcie dziewczęta
Nie było mnie troszkę, ale melduję, że żyję, ale... co to za życie.
Mieliśmy szpital przez 2 tygodnie, najpierw Hańcia złapała wirusa, potem ja, na końcu J.
Obyło się bez antybiotyków i jest już w miarę dobrze, kaszle, gile i inne- odchodzą w zapomnienie. Załapałam doła przez to wszystko, gdzie ja z drugim dzieckiem dam radę...Nie wiem, czy nie podjęłam decyzji o jego przyjściu na świat zbyt pochopnie. Chciałabym dać z siebie wszystko, ale te "wszystko" to mało...Nie chce mi się wielu rzeczy, nie chce mi się bawić z małą, nie chce mi się sprzątać, gotować-ogólnie niemoc.
Miałam wczoraj wizytę i dzidzia rośnie, ma się całkiem nieźle na szczęście lecz macica jest bardzo nisko,co nie jest zbyt dobre. Bardzo nisko czuję ruchy, aż mnie to niepokoi, ale może się podniesie...oby tak było, bo jak jeszcze się okaże, że mam leżeć plackiem-to nic tylko sobie palnąć...Gin zrobił mi też USG-ale tym razem bardzo pobieżne, krótkie i takie tam mało konkretne. Widziałam, że mu się śpieszy, bo milion pięćset pacjentek w poczekalni. Niech mu tam... i tak lubię tego drania, mimo to.
Teraz muszę sobie zrobic porządne połówkowe prywatnie, bo wiem, że państwowo to można... kopniaka w tyłek dostać, za przeproszeniem.
Kończę dziewczyny, napewno będę się odzywać i czytać co nowego u WAS. Tymczasem żegnam się i pozdrawiam wszystkie kwietnióweczki.