Ja się witam z wami poweekendowo. U nas smutno, bo mój tata umarł w sobotę wieczorem. Jako rodzina (tzn jak, moi bracia i nasza macocha) przyjeliśmy to spokojnie, bo już od dłuższego czasu chorował, słabł w oczach, a lekarze nie dawali nam większej nadziei. Pociesza nas myśl, że nie cierpi. Powiem wam, że gdybym ja zapadła na raka w dojrzałym stadium ( tak jak to było w przypadku obojga moich rodziców) to bym za chiny ludowe tego nie leczyła. To jest już tak, że z tą chorą się nie wygra. O mamę walczyliśmy desperacko, 2 operacje z czego jedną z pełną mastektomią, potem chemia co 3 tyg, z czego przez 2 mama chorowała bo tak się zle czuła, a tydzień sie denerwowała, że znów musi iśc do szpitala. Przez pół roku nie widziala nic tylko oddział i chorych na sąsiednich łózkach... A my jeszcze wyszukiwaliśmy kolejnych szpitali, kolejnych cudownych metod, ziół, lamp, bioenergoterapeutów i świętych obrazów, które podobno czynią cuda.... Z tatą było spokojniej, jak lekarz zaproponował kolejną operacje docięcia guza, która groziła tacie niedowładem, ale miała przedłużyć mu życie o kilka tygodni to się nie zgodził, a my go nie przekonywaliśmy do zmiany decyzji. Sa choroby na które musi sie umrzeć. Co da te dodatkowe 6 tygodni, skoro spędzi się je pod aparaturą, będą karmionym przez strzykawkę, bez jakiegokolwiek komfortu życia? Czasem myśle, że taka desperacka walka rodzin o chorego to egoizm z ich strony, bo gdy jest nadzieja, trzeba pomóc, ale gdy choroba postępuje i nie ma szans na recesję, to takie wydłużanie życia o kolejne tygodnie to tylko przedłużanie cierpienia. Może niektórych to zbulwersuje, ale ja już się chyba za dużo napatrzyłam na to, jak to wygląda....