Ja Was cały czas czytam,podczytuję, ale jakoś dalej brakuje mi weny i sił na pisanie.Jestem zanurzona w tej pracy podyplomowej, siedzę nad nagraniami, skracam je już któryś dzień. Masakra. Jestem wyczerpana już sprawami naukowymi. Do środy chcę to oddać, czy będzie wszystko ok czy nie,bo już mam dosyć.
Przez to też jestem wyłączona ze spraw wyprawkowych, remontowych itp.
W sobotę wielka przeprowadzka. Mama pomoże mi posprzątać to mieszkanie, my z M dziś i jutro będziemy w domku ogarnąć, żeby było gdzie wszystkie graty położyć. Ale już mi się słabo robi na samą myśl. Tyle jest do ogarnięcia, że tego nie ogarniam. Najgorsza jest właśnie ta presja czasowa, żeby ze wszystkim wyrobić się na czas wybicia godziny 0, która tak naprawdę może wybić w każdej chwili.
Rzeczywiście jak pisała chyba
La Remi, teraz to już jest taka świadomość, że wszystko coraz bliżej, wszystko się tak zmieni, a jednocześnie wokół tyle do ogarnięcia. Zauważyłam, że z powodu różnych emocji niektóre z Was pozwalają sobie na odstępstwa od diet itp. U mnie chyba też to nastąpiło. Choć powinnam się uspokoić, bo niedługo robię badania i wypadałoby, żeby cukier nie wyszedł nigdzie. Ale to chyba też takie odreagowanie wobec różnych wyrzeczeń, które się sobie serwuje. A może po prostu za bardzo się nad sobą rozczulam i tak naprawdę nie ma sensu rozbierać tego na czynniki pierwsze.
Cornelka,mocno trzymam za Ciebie kciuki. Czytałam, że trafiłaś jednak na Borowską. Mam nadzieję, że będziesz zadowolona. ja wciąż jeszcze nie wybrałam się na wizytę do szpitala, bo ciągle praca, praca,praca i od czasu do czasu pakowanie. Trzymaj się dzielnie kochana, podobnie jak Ty
Danuś i wszystkie mamusie, które są coraz bliżej i mają wyraźne tego symptomy.
Idę psa nakarmić, bo już pewnie pęka z głodu. Sobie zaserwuję mleko z płatkami i trochę się jeszcze nad sobą poużalam, a co
