Jestem ojcem 2,5 letniej córki, którą wychowujemy razem z partnerką. Staramy się być świadomymi rodzicami, jednak w niektórych kwestiach dotyczących wychowania się różnimy. Konkretnie chodzi mi o następujący przypadek: córka przewraca się i w zależności od przypadku zaczyna płakać lub nie. Kiedy płacze, oczywistym dla mnie jest, że trzeba podejść, przytulić, spytać co się stało - tu nie ma między nami żadnych różnic. Różnica pojawia się, jeśli nie płacze, wstaje i idzie dalej albo jest "na granicy" - wtedy uważam, że nie należy reagować, tylko stanąć i poczekać. Partnerka z kolei zawsze podchodzi, przytula i zasypuje córkę pytaniami "co się stało?", "boli?", "gdzie się uderzyłaś?". Uważam, że takie pytania prowokują do płaczu i generują problem, którego nie byłoby, gdyby po prostu zaczekać, aż córka sama sobie odpowie na pytanie, czy coś się stało. Obawiam się, że takie reakcje partnerki spowodują, że córka przy najmniejszym problemie będzie zawsze z płaczem biegła do mamy, "bo jest problem", ewentualnie "bo jest dobra okazja, żeby się przytulić". Moje uwagi w temacie partnerka komentuje stwierdzeniem, że chcę córkę "tresować", a ona nie będzie tłumić jej uczuć. Też nie chcę tłumić uczuć córki, ale uważam, że reakcje partnerki tylko te uczucia generują. Proszę o poradę, co robić - może to ja się mylę?