Wczoraj Franuś skończył 9 miesięcy.
Waży 7 kg, nosi ciuszki na 74 cm (już niektóre pajacyki ledwie dopinane, kupiłam bodziaczki na 80

) - długa więc z niego i chyda glizdunia

Od dwóch tygodni obraca się z pleców na brzuszek, w drugą stronę (łatwiejszą chyba..) nie może załapać

Jak mówi nasz pan rehabilitant - ma zły wzorzec. Pracujemy nad prawidłowym wzorcem

Poza tym rozgadał się

Jego głos wreszcie brzmi normalnie!! Nie słychac juz chrypki pointubacyjnej

Ilość odkrztuszanej wydzieliny tez jest mniejsza.
W kwestii rehabilitacji:
Mały był rehabilitowany Vojtą prawie 5 miesięcy. Gdy Franiu zrobił się troszkę bardziej kontaktowy, zaczął b żywo reagować na ćwiczenia – czyli po prostu drzeć się w niebogłosy (tylko przy stymulacji strefy piersiowej był spokojny, natomiast odruchowe pełzanie i ćwiczenia, w których był „spacyfikowany” wywoływały protest). Ćwiczenia były także związane z ogromnym wysiłkiem (bo dysplazja) i zapewne niestety
także z bólem (bo ogromna przepuklina pachwinowa), nie raz trzeba było wycierać
jego pot ze stołu rehabilitacyjnego. Doszło do tego, że gdy tylko mały słyszał
głos rehabilitanta, już zaczynał strasznie płakać

.
Jak pisałam pod koniec marca mały miał operację. Chirurdzy powiedzieli, że rehabilitację trzeba przerwać na minimum miesiąc, żeby wszystko się pogoiło. Neurolodzy zadecydowali, ze po tej przerwie mały ma absolutny zakaz rehabilitacji metodą Vojty, że kto w ogóle zezwolił na tę metodę, bo zbyt hard core’owa dla kurczaka po wszystkich jego przejściach, że powinien być „bobatowany”...
Tak więc okres ochronny minął, zgłosiliśmy się do naszego rehabilitanta na lajtowe bobatowanie i .. koszmar..

Mimo miesięcznej przerwy, gdy mały został położony na stole rehabilitacyjnym i usłyszał głos rehabilitanta zaczął strasznie płakać.. reakcja jak miesiąc wcześniej. Nie zapomniał

Potem zaczął wymiotować

3 spotkania i za każdym razem to samo.. Zdecydowałam się na rozmowę z rehabilitantem (wiecie jakie u nas są cyrki z rehabilitacją - NFZ sponsoruje 1 godz w miesiącu więc chodzimy prywatnie i to jest koniec wyboru: przychodnia państwowa z 1 rehabilitantem dziecięcym i ta 1 godz w mies lub przychodnia prywatna także z 1 rehabilitantem do dzieci). Poprosiłam, żeby następnego dnia na rehabilitacji...nie odzywał się... Żeby mały nie słyszał jego głosu, bo uważam, że po prostu kojarzy go z ćwiczeniami Vojty. Pan rehabilitant podszedł do sprawy b spokojnie, nie obraził się

Gdy przyjechaliśmy najpierw rozebrałąm krasnala, pochodzililiśmy po gabinecie (kolorowe ptaszki, węże itp, żeby małego odstresić), oglądanie oblicza w lustrach na scianie (w domu dostaje szału radości na widok siebie samego w lustrze a tu nic...tylko strach w oczach..). Potem pan rehabil zasunął rolety, zgasił światło.. włączył taką kule dyskotekową na suficie i w gabinecie pojawiło sie mnóstwo migoczących światełek (to pewnie bajery do integracji sensomotorycznej), potem jeszcze włączył płytę z głosami delfinów i zaczęło się poooowolne przekonywanie Franka.. Wystarczyło jednak, że położyłam go na materacach i już odruch wymiotny
Od razu rączki i się udało - nie było rzyganka. Baaaaardzo lajtowo na piłkach poćwiczyliśmy (od razu zaczął płakać ale to nie był taki histeryczny płacz jak zawsze lecz taki uskarżający się). Mam nadzieję, że to dobry kierunek..
A już w najbliższą środę jadę z krasnalem do IMiDz. Chirurdzy sprawdzą czy wszystko ok, no i najważnejsze - badanie w Klinice Neurolologii czy to, co się zadziało miesiąc temu podczas operacji, zostawiło ślad.. Mam nadzieję, że nie.. Mam też nadzieję, że Franula nie złapie żadnego syfu w szpitalu i szybciutko wrócimy do domu (tym bardziej że -musze się przyznac szczerze - po ostatnim pobycie w szpitalu robi mi się niedobrze na sama myśl o kolejnej hospitalizacji...

jakoś mi chyba odporność spała zdecydowanie..).
Uprasza się o trzymanie kciuków za dobre wyniki i za niezłapanie jakiejś szpitalnej zarazy
