dziewczyny, a propos facetow naszych.. no moj naprawde niewiele sie interesowal ciazami poprzednimi, traktowal mnie normalnie, oczywiscie, jak brzuszek rosl czy cos to czasem poglaskal, pogadal z nim - ale rzadko; i naprawde jakby zapominal ciagle o tym, ze w ciazy jestem. ja tam emocjonowalam sie opisami w necie, co dzidzia ma juz, co umie, ze paluszki, ze nosek, ze ssie kciuka itepe, a on tak? naprawde? i dalej swoje. bolalo mnie to bardzo. ale w sumie olalam, jak sie urodzili chlopcy to szalal za nimi totalnie, wiec nie mialam powodow do marudzenia (oprocz tego, ze najpierw ciagle studiowal, a potem ciagle pracowal - ale wracal jakos do domu i byl tylko z nami). no a teraz jakby naprawde dojrzal troche do tego, jest jakis inny, bardziej czuly, bardziej wyrozumialy. nie wiem, z czego to wynika, moze po prostu dorosl? dlatego wydaje mi sie, ze to, co piszecie o facetach swoich, to normalne takie w sumie..
anawoj, musisz za to pogadac z mezem.. pogadac o tym, ze potrzebujesz bliskosci, ze brakuje ci go w lozku, ze brakuje ci wczesniejszych 'porywow'. moze on ma to samo, co ty? czuje, ze nie masz ochoty, skoro nic nie robisz w tym kierunku? moze on sie czuje mniej kochany, niz kiedys? nie wiem, wydaje mi sie, ze w takich sytuacjach trudnych finansowo to faceci czuja sie za to odpowiedzialni i moga miec poczucie, ze jestesmy na nich zle, bo sobie nie radza.. no nie wiem, moj tak mial w kazdym razie na pewno. a nie mozesz pozwolic, by problemy z pieniedzmi popsuly wiez miedzy wami... badz madrzejsza i ty sie przytulaj :-)
jola - dzieki, na pewno w nastepnym tygodniu powrzucam :-)
Bachucha, mowisz, ze depresja? cos w tym jest...
ja wczoraj mialam jakis zjazd emocjonalny, plakac mi sie chcialo od rana - a przeciez zadnego powodu, odwrotnie wrecz, wszystko mi sie udalo, co sobie zaplanowalam - i nie moglam sie ruszyc do niczego.. sama bylam z mlodymi w domu, luz totalny, tylko obiad do zrobienia - cokolwiek, co w lodowce. i w koncu dzieci doprowadzily mnie do takiego stanu, ze przestalam nad soba panowac. nic nie zrobily nadzwyczajnego, ot, nie jadly obiadu, bawili sie jedzeniem, zartowali, chichrali sie przy stole. prosilam, by byli cicho, by jedli, a oni nic, smiechy chichy.. i tak wybuchlam... wydarlam sie na nich, wywalilam od stolu, zabralam talerze.. a patrze, Fiolek mial wszystko zjedzone, po prostu smial sie i bawil przy stole..
strasznie sie poczulam.. jak najgorsza, wyrodna, ohydna matka.. myslalam, po co mi to trzecie dziecko? po co chce mu rujnowac zycie? dobre sobie, ja i czworka dzieci, po co ja tak gadam w ogole, skoro taka beznadziejna jestem.. dre sie na nich, nie chce sie z nimi bawic, nudzi mnie to.. nie mam cierpliwosci, ciagle krzycze, zostawiam ich po ciotkach i babciach, w przedszkolu siedza, bo mecza mnie w domu (no tak sobie myslalam wczoraj, troche przejaskrawiam, ale w gruncie rzeczy to prawda..).
a tu nagle przyszedl moj tata, musialam na dol zejsc po cos do niego, i wchodzac z powrotem po schodach potknelam sie, rozwalila mi sie siatka z ziemniakami, ktore m.in. mi przywiozl na obiad (kochany) musialam na kolanach zbierac. no i dostalam histerii.. wylam, tak wylam, jak chyba poltora roku temu ostatnio, jak chcialam sie z D. rozwodzic. no masakra..
masakra, nie chce siebie takiej, nienawidze siebie takiej... nie chce byc taka matka, nie wiem, co z tym zrobic. nie wiem, na codzien tak nie mam, ale naprawde brakuje mi cierpliwosci i nie lubie bawic sie z dziecmi, wole je zabrac gdzies na spacer czy gdzie indziej, zeby sie nie bawic.. beznadziejna jestem :-(
no i chce isc ze soba do psychologa, nie wiem, moze cos mi poradzi, bo przeciez wczoraj to byl koszmar :-( nigdy sie tak zle nie czulam. dzis wiem, ze nie jestem taka najgorsza, ze strasznie ich kocham, ze na codzien jestem dobra mama, duzo rozmawiamy, chodzimy na spacery, w rozne miejsca je zabieram i troche sie malo bawie, ale w sumie tez nie tak, ze w ogole. uwazam, ze za malo, powinnam gdzies chociaz godzine dziennie, tak mysle. ale naprawde slabo z czasem - odbieram ich o 15.30-16, zanim zjemy obiad, ktory wczesniej min. trzeba podgrzac, o ile to zupa, jak drugie, to zrobic, zeby bylo swieze, no i juz po 5, nieraz 6.. i sama zmeczona jestem, spac mi sie chce o tej porze codziennie (taka godzina zero dla mnie, musialabym sie kawy napic, a z tym slabo teraz, wiec zamulam troche, nie spie, bo nie lubie, ale odpoczywam jakos po obzarstwie i nie chce mi sie bawic wtedy). no i nieraz pozniej dopiero troche porysujemy albo klocki jakies.. ale to za malo na nich, oni maja tyle energii, tyle pomyslow.. ciagle im malo naszego czasu i towarzystwa.. a mnie to nieraz drazni. wiecie, o co kaman: "mamo, pobaw sie ze mna, mamo, chodz porysowac, mamo, chodz pobudujemy z klockow, mamo, chodz zrobimy namiot" i ciagle w kolko to samo..
wiem, ze mam po prostu gorsze dni jak kazdy, ze hormony ciazowe, ze to i tamto.. ale nie chce, by to sie odbijalo na dzieciach, a nie umiem nad soba zapanowac :-( no i moze to depresja jakas..?
sorry, ze tak nieskladnie napisalam, ale nie mam juz weny ogarniac tego stylistycznie.. musialam sie wygadac. ech. naprawde beznadziejna jestem..?