Przy pierwszym porodzie miałam robioną lewatywę, bo każda rodząca miała ją robioną. Przy drugim porodzie nie miałam robionej, bo rodziłam w innym szpitalu, a tam nie robią lewatyw, no chyba, że trzeba zrobić (np. któregoś dnia jak leżałam po terminie w szpitalu i poszłam na zapis ktg akurat była jakaś rodząca, z tego co usłyszałam przez ściankę nas dzielącą dziewczyna męczyła się strasznie, wg położnej miała tak zapełnione jelita, że przez to główka dziecka nie miała w środku tyle miejsca by szybko wyjść, bo te zapełnione jelita zajmowały tyle miejsca, położna podała jej jakieś wiadro i powiedziała, żeby postarała się wypróżnić, bo to ułatwi poród, ale dziewczyna za nic nie mogła wyrzucić tego z siebie, położna zawołała lekarza, czy ma zrobić lewatywę, ale on stwierdził, że to już końcowa faza porodu i lewatywę jednak odradza... nie wiem jak się to wszystko skończyło, bo ktg mi się skończyło i co się działo później już nie dane mi było usłyszeć). U mnie przy drugim porodzie lewatywa nawet nie miała sensu, bo mój organizm sam czyścił się co jakiś czas przez około 18 godzin, latałam tak co jakiś czas do wc, a przy ostatnim razie kiedy siedziałam sobie na tronie w środku nocy poczułam, że coś jest nie tak, poszłam obudzić położną i okazało się, że mnie bóle parte na kibelku zastały.