Musze Wam to opowiedziec.
Siedze sobie na lajcie pod kocykiem z moja dwulatka, dresy jak po wielorybie (ale wygodne), plus slady obiadu na nich, jem ciastka z czekolada, a tu nagle dzwonek do drzwi. Wstaje, szybkie spojrzenie do lustra w korytarzu na wlosy,ktore oczywiscie wolaly o pomste i otwieram drzwi. W nich ukazal sie mezczyzna, wysoki,, ubrany po roboczemu i zadaje mi pytanie za 100 pkt. "Pani jest mama Zuzi?" (mojej 9-latki). Zgodnie z prawda odpowiadam, a on mi litanie. Byl przy tym bardzo mily, sympatyczny, zdazylismy przejsc na "Ty" [emoji23] W skrocie chodzilo o to, ze moja corka bije jego syna. Wiedzialam co nieco, ale bylo to na zasadzie "oddalam mu" no jak to dzieci w wieku szkolnym. Tak, przyznala sie, zbila w obronie kolezanki, raz tez siebie. I wiecie co? Smiac mi sie chcialo troszke. Oczuwiscie staralam sie zachowac kamienna twarz, no ale wyobrazcie sobie taka akcje. Moja corka szczuplutka dziewczynka, skromna, cicha, on dosc wyrosniety, rozwrzeszczany. Oczywiscie wytlumaczylam jej, ze tak nie mozna, nie sila, ze moga tego byc zle skutki i konsekwencje. I mozecie mnie uznac za chora, ale jestem z niej poniekad dumna [emoji123] Ze sobie nie daje i ze umie sie w razie czego obronic. Tyle [emoji1] [emoji2]