Ja do pewnego okresu mojego życia do Kościoła podchodziłam jak do zła koniecznego. Wielki, błyszczący Kościół, jedyny w mieście, do tego dość daleko, pełen naburmuszonych księży i zakonnic, które całą mszę uspokajały rozmawiające dzieci, groziły palcem lub w skrajnych przypadkach stawiały łobuzów na środku ołtarza. Jak miałam jakieś 14 lat powstała nowa parafia, niedaleko mnie, na początu to był zwykły drewniany domek z krzyżykiem na górze, po kilku miesiącach dostawili wiatę. Nie pamiętam niedzieli kiedy w Kościele nie byłam, były takie tłumy, że nawet księdza czasem nie widziałam. Ale atmosfera była piękna. Żadnego organisty, tylko ksiądz na gitarze grający. Na Boże Narodzenie żłóbek był za tym drewianym Kościołem, Maryja, Józef i wszystkie figurki malutkie gipsowe, a Jezusek na prawdziwym sianku leżący. Jak się wchodziło do Kościoła to ksiądz witał uściskiem dłoni, a w soboty księża chodzili na osiedlowe boiska z chłopcami w piłkę grać, na rowerach z nimi jeździli, zapraszali nas, młodzież do siebie na plotki i wogóle. Po jakiś 3 latach wybudowali większy Kościół obok, ale nic się nie zmieniło dopóki księży nie zmienili. Pamiętam jak dziś jak cały Kościół płakał i smarkał w chusteczki jak żegnaliśmy każdego z nich, oni zresztą też. Teraz już nie ma takiej atmosfery, ale ten pierwszy Kościół i ci księża ukształtowały we mnie zupełnie inne podejście do Kościoła.