A ja swojego obsmarowałam wcześniej na wątku, a tymczasem dostałam od niego piękne róże (a trzeba podkreślić, że nie lubi kupować kwiatów i to jest chyba 4 czy najwyżej 5 raz od hmmm 6 czy 7 lat jak dostałam kwiaty od niego hihi). Potem także pozmywał pięknie naczynia wcale nie narzekając że w kuchni taki bajzel (a był bajzel konkursowy).
MM, rozmawiałam z moją przyjaciółką na temat szkoły rodzenia w szpitalu przy Starynkiewicza, i okazuje się, że była tam 2 razy na zajęciach przed urodzeniem drugiego syna czyli jakieś półtora roku temu, może rok i 8 miesięcy, coś w tych granicach. Jej wrażenia są takie, że jest wszystko prowadzone w sposób bardzo formalny: pierwsze zajęcia polegały wyłącznie na tym, że położne dokładnie spisywaly dane wszystkich uczestniczek, imię nazwisko, adres, PESEL, nr telefonu (zamiast dać do wypełnieina jakieś formularze). Jeżeli chodzi o kolejne zajęcia, to podobno część polegająca na ćwiczeniach wcale nie przebiegała tak, że pary ćwiczyły razem, lecz panowie siedzieli sobie na krzesełkach patrząc, a panie ćwiczyły same.... Podobno zdarzało się (to Monika wie z opowieści swoich koleżanek), że dziewczyny wychodziły z zajęć tak przestraszone przez położne opowieściami o możliwych komplikacjach itd, że aż ze łzami w oczach.
Monika przeniosła się do szkoły prowadzonej przez jedną z położnych z Żelaznej i mówi, że tam było zupełnie inaczej, luźna, przyjazna pełna humoru atmosfera.
No ale może coś się na tego Starynkiewicza zmieniło od tego czasu, czego Ci serdecznie życzę!