hej

witam po długiej przerwie, stęskniłam się za Wami bardzo. nawet nie staram się nadrabiać zaległości bo sporo się tego nazbierało, mam nadzieję, że u Was wszystko dobrze, u nas niestety było inaczej, ale wszystko zaczyna się normować. Niedawno wrociliśmy ze szpitala i dochodzimy teraz do siebie, napiszę po kolei. Przy przewijaniu małego zauważyłam któregoś dnia maleńki guzek na pupci, zadzwoniłam do pediatry, kazała obserwować i przyjść jakby coś się z nim działo. Po kilku dniach guzek był znacznie większy, a z dnia na dzień zrobił się obrzmiały a miejsce się zaczerwieniło (guz był pod skórą). Poszliśmy do pediatry, dała skierowanie natychmiast do chirurga, pojechaliśmy do niego a stamtąd natychmiast do szpitala, na każdym skierowaniu mieliśmy: "pilne" napisane. w szpitalu szybko przyjęcie na oddział, badania, kroplówki i przygotowywali małego do operacji. Kilka godzin później miał operację usunięcia guza pod narkozą. Zrobiono posiew guza i co się okazało? Po przeanalizowaniu również moich badań stwierdzono, że obydwoje mamy gronkowca, którego wszczepiono nam przy cesarce!!! U małego organizm się bronił moimi przeciwciałami dokąd karmiłam piersią a jak odstwiłam go od piersi na parę dni bo brałam antybiotyki to organizm nie dał rady i gronkowca zaczęło "wybijać" w postraci guza. Objawy które miał Bartuś: bóle brzuszka (myśleliśmy, że to kolki), ropiejące oczka (mówili nam, że trzeba przetykać kanaliki) to były objawy typ[owe dla gronkowca, teraz oczywiście zniknęły. Ja też miałam leczone zapalenie macicy, a potem pęcherza i nerek i też się okazało, że to gronkowiec i dlatego nie skutkowały leki. Nie życzę nikomu tego, co my przeszliśmy. Widok mojego dziecka po narkozie (nie chciał się wybudzić przez dwie godziny!!!) na zawsze zostanie w mej pamięci jako najgorsze przeżycie, co się mały nacierpiał, serce pękało jak na niego patrzyliśmy, przy tym był bardzo dzielny, prawie nie płakał i nie krzyczał, tylko łezki z oczek płynęły, nie spał i nie jadł, był karmiony pozajelitowo kroplówkami, z tego też względu wypuszczono nas trochę wcześniej ze szpitala.. Na szczęście moglam być przy nim całą dobę. Teraz jesteśmy w domu i Bartulek dochodzi do siebie, ale jest wymęczony, niespokojny, przestraszony, ciałko całe w siniakach i ukłuciach po wenflonach, często budzi się z płaczem i nie otwiera oczek, jakby się bał, że nie zobaczy swego pokoju, mam nadzieję, że już niedługo o tym zapomni. Bierzemy antybiotyki i walczymy z gronkowcem, wierzę, że następny posiew będzie jmiał uż lepsze wyniki. I niestety koniec karmienia piersią, a jedyne mleko jakie mały toleruje to sojowe ISOMIL. To tyle mojej smutnej historii, całuję Was wszystkie, mam nadzieję, że nie zepsuję Wam humorów, chciałam się tylko tym z Wami podzielić. pozdrawiam