Nie, to nie było pod namiotami, bo bym chyb zamarzła, brrr...:-)
Hotel troszkę przaśny, ale i tak mało w nim czasu spędzaliśmy, więc to nie miało znaczenia. Wyjazd był super, trochę kicania po lesie i po drzewach (ale oczywiście bez przymusu). Nałykałam się świeżego powietrza, poruszałam się. Teraz trochę jestem poobijana i przynajmniej czuję, że żyję.;-)
Okazało się, że ludzie się świetnie bawić potrafią. W sobotę towarzystwo się roztańczyło. Pyfko lało się strumieniami. Ja też troszkę pokosztoałam korzystając z nie-karmienia.
Wojciaszek troszkę marudził, ale bez żadnych tragedii.