Obejrzyj wideo poniżej, aby zobaczyć, jak zainstalować naszą stronę internetową jako aplikację internetową na ekranie domowym.
Notka: Funkcja ta może nie być dostępna w niektórych przeglądarkach.
Mam chwilę więc i ja opiszę swój poród...
we wtorek o 10 rano po tym jak dzień wcześniej wieczorem na ktg odeszły mi wody podłączyli mi kroplówkę z oxytocyną. Leżałam do 11 dopóki nie przyjechał Michał i umierałam ze strachu o moje dziecko. Czy urodzi się zdrowe, czy sobie poradzi urodzone wcześniej na tym świecie. Jak już przyjechał Mąż zaczęliśmy rozmawiać i było mi lepiej, wiedziałam, że nie ma odwrotu co ma być to będzie urodzi się dzisiaj tak czy siak i co by się nie działo będę go kochać najmocniej na świecie. O 12 przyszły dwie położne, jedna z nich była tą, która była ze mną na sali porodowej, zabrali nas tam pokazała całą salę i podłączyła pod ktg. Zmieniły się jakieś przepisy i jeśli rodzi się wcześniak mama musi być podłączona pod ktg od początku do końca. I tak od godziny 12 do 02 w nocy spędziłam na porodówce. Na początku było fajnie śmiesznie i wesoło bo skurcze były lekkie, położna super miła i też z poczuciem humoru więc będąc tam stwierdziłam, że jest nawet fajnie. Minęły dwie godziny i badanie. Szyjka się trochę zgładziła ale jeszcze nie do końca. Kolejne 2 h pod ktg w sumie cały czas stałam bo jak tylko siedziałam lub leżałam zapisywało się błędnie tętno małego. Po kolejnych dwóch godzinach szyjka zgładzona i delikatne rozwarcie. Zaproponowała mi czopki które przyspieszają rozwieranie, oczywiście się zgodziłam. Kolejne badanie po 2h i rozwarcie większe ale bez szału. Więc zaproponowała zastrzyk, również się zgodziłam. Po zastrzyku też nie ruszyło z kopyta a skurcze były coraz mocniejsze choć do wytrzymania. W końcu zaproponowała mi by wejść do wanny. Przyniosło mi to ogromną ulgę. Poprawił mi się humor po tym leżeniu w wannie. I przyszedł czas na kolejne badanie...i wtedy się zaczęła masakra...miałam niecałe 2cm rozwarcia zbadała mnie położna która była ze mną cały czas i stwierdziła, że musi się skonsultować bo sama nie wie. Przyszła druga położna i ona zaczęła mnie badać...to było najgorsze co się działo przed samymi partymi skurczami. Zrobiła mi chyba masaż i na siłę rozepchała szyjkę. Zaczęłam się drzeć wierzgać nogami i wyć z bólu, to był okropny ból. Po czym usłyszałam "proszę się uspokoić dlaczego Pani płacze" no świetnie..nie mogłam się uspokoić nic mi nie pomagało. W końcu przeszło bo przytulił mnie mąż powiedział parę ciepłych słów. Nastąpiła zmiana położnych, przyszła druga może mniej sympatyczna ale chyba bardziej doświadczona. Była ok 20 i miałam jakieś 4cm rozwarcia, pomyślałam sobie że jak tak będzie wolno szło to do rana nie urodzę. Modliłam się tylko żeby nie mieć cesarki. No i cały czas to samo, stanie, podłączone ktg, poskakałam trochę na piłce ale tętno się nie zapisywało więc znów stałam. Minęło trochę czasu i wpadłam na pomysł żeby wejść do wanny wtedy przyniosło mi to ulgę więc byłam nastawiona że będzie tak i tym razem, położna zmieniła mi peloty na takie które można moczyć i są bez kabli, Michał napuścił cieplutkiej wody do wanny ledwo tam doszłam już były takie mocne skurcze myślę sobie dawaj jeszcze chwila i Ci ulży, dolazłam do tej wanny wchodzę z nadzieją, kładę się chwilę jest fajnie i nagle straszne parcie na odbyt, masakra...ból nie do opisania i czułam że to są parte..zaczęłam się drzeć bo już nie ogarniałam tego bólu. Jeszcze chwilę tam poleżałam i położna kazała szybko wychodzić bo tętno się przestało rejestrować. Położyłam się na łóżku i badanie 5cm a ból nie do zniesienia, zaczęłam krzyczeć i zapytałam czy mnie znieczuli. Powiedziała, że musi się unormować tętno małego i od tych słów wszystko działo się z prędkością światła. Minęła chwila zbadała mnie już było 7cm, za chwilę 8cm i tylko mówiła żeby nie przeć bo popękam, starałam się bardzo ale przy parciu czułam taką ulgę, że chciałam tylko przećnie dostałam znieczulenia, przyszedł lekarz (bardzo przystojny
) i młody
i zaczęłam go prosić żeby pozwolił mi przeć on mnie uspokajał że już za chwilę będę rodzić. Nigdy nie zapomnę jak leżałam na tym łóżku i patrzyłam jak położna wszystko szykuje wyjmuje i ubiera się do porodu, jak ja się w duchu cieszyłam, że zaraz urodzi się moja miłość...no i się zaczęło..podali mi tlen bo nie mogłam oddychać i żeby mały dostawał tlen musiałam oddychać przez maskę. Kazali przeć...więc to robiłam, ciekło ze mnie jak z kranu, nigdy nie byłam tak spocona, opadałam z sił ale parłam dalej, po chwili do pokoju wpadło chyba z 6 dodatkowych osób
przystojniaczek naciskał mi łokciem na brzuch i podciągał nogę, Mąż drugą nogę i jeszcze ja ciągnęłam za obie nogi i tak sobie parłam i słyszę "ojej jakie ma włoski"
jak dostałam powera to tak mnie zaczęła nacinać że musiała 3 razy nożyczki zmienić bo nie dała rady przeciąć mojej skóry, już myślałam, że będzie miał zakładane kleszcze na głowę tak stukał ten metal, na szczęście to zmiany nożyczek
nacięcie bolało okropnie bo nie nadążała trafiać na skurcz, główka już wychodziła i ciachała "na chama" żebym nie popękała. No i chwile później poczułam jak urodziła się głowka i jak barki przechodzą przez kanał rodny i wtedy zadziała się magia...mały zaczął krzyczeć szybko go wytarli i położyli na brzuchu i w chwili kiedy dotknął mojej skóry i zapewne usłyszał serce nastąpiła cisza...zaczęłam płakać jak małe dziecko i gadać do niego że go kocham, że to ja jego mama, że witam go na świecie spojrzałam na męża i on też płakał jak dziecko (aż się wzruszyłam jak sobie to przypomniałam
). No i chwilę tak poleżeliśmy zabrali małego na badania mi podkręcili oxy żebym urodziła łożysko. Urodziłam i po chwili zaczęła mnie szyć, co też było bolesne bo nie wszędzie zadziałało znieczulenie, ale byłam tak szczęśliwa że nie przeszkadzał mi ten ból. Położna mnie szyła a ja pisałam smsy do rodziny że się mały urodził. Śmiesznie to wyglądało
jak mnie szyła to się śmiałyśmy, opowiadałyśmy sobie głupoty. Później poleżałam 2 godzinki, wstałam pomogli mi się umyć ubrać, dali jedzonko i Mąż zawiózł mnie do mojego Małego bohatera. Przenieśli mnie na poporodową i poszłam spać. Taki był mój poród....
Ogromnie dużo ostrego bólu, ale moment narodzin wynagradza wszystko i to jak widziałam jaki mój Mąż jest szczęśliwy i płacze ze szczęścia dało mi taką wewnętrzną siłę której chyba nic nie złamie. Ja osobiście polecam obecność męża..mój pomógł mi na prawdę bardzo i widział jakie to cierpienie dla kobiety, nie takie hop siup i jest bobas. Na pewno są kobiety co rodzą mniej boleśnie i szybciej ale u mnie tak nie było. Widział jak cierpiałam i ile musiałam znieść. Później ciągle mi dziękował i mówił że jestem jego bohaterką i że jest ze mnie bardzo dumny![]()
A na koniec taki żart z porodówki, ja tu rodzę podciągam te nogi, drę się w niebogłosy a ten przystojniaczek jedną ręką dociska mi nogę drugą łokciem naciska na brzuch i taki nachylony odbiera telefon i mówi "a nic poród mam właśnie" tak na luzie jakby stał w kolejce po ser![]()