Pierdykam takie Swieta... W nocy z soboty na niedziele, Karol obudzil sie z goraczka ponad 39 st. POjeczal troche zarzygal nam lozko. Wykapalismy dziecko, przebralismy lozko... Zadnych objawow poza goraczka. Rano pojawil sie katar i troche kaszlu. I to sie nasilalo... Reszte to juz "kopiuj wklej" z geriatrycznego bo dluzsza historia:
Wczoraj kolo pierwszej zaczalm miec watpliwosci. Nie lubie zawracac dupy bez potrzeby, ale stwierdzilam ze koncza mi sie dobowe dawki lekow przeciwgoraczkowych, a maly jedzie rowno ponad 40stopni i na noc zostane z reka w nocniku. Rzucilam haslo ze drzemy na A&E, lepiej teraz niz wieczorem, zwlaszcza za Rajmund wtorek-sroda na dniowki. Na miejscu przyjeli nas dosc szybko, mimo duzej kolejki. Segregacja - podwyzszone tetno, temperatura 40,2. Po dopytaniu ile czego dzis dostal, pani podala paracetamol (Calpol) w syropie. Za chwile juz nas wolali dalej. Obadali, osluchali, pozagladali w gaardlo i uszy, nic nie znalezli, wiec przerzucili do boksu na IP, gdzie mielismy czekac godzinke, az sie maly odsika na probke. Bardzo smieszne, skoro on malo co pil... Po godzinie woreczek byl pusty, goraczka spadla do 39,6, pani stwierdzila ze to cos nie tak jest bo skads sie ta goraczka musi brac, jest niebezpiecznie wysoka i nie daje sie lekom. Czyli na oddzial, pobranie krwi, czekamy na siku, co dalej sie zobaczy. Ale po drodze jeszcze rg. klatki piersiowej - na wszelki wypadek. Na oddziale a piat' pomiary, tempka wylazla do 40,8, mnie zrobilo sie miekko, pielegniarki pognaly po wentylator. Maly zaczal majaczyc, wisial mi na rekach wiotki i rozpalony, polozony do lozka tylko jeczal jakby w polsnie. Makabryczne to bylo. Pobrali krew, doszedl rtg (kurde, na kompa go lekarz dostaje!) i okazalo sie ze jest zapalenie pluc. Poniewaz moj angielski nie jest perfekcyjny, lekarz po prostu pokazal mi zdjecie na monitorze. Decyzja zapadla - maly zostaje na oddziale przynajmniej do rana. Po pierwsze trzeba kontrolowac temperature w warunkach szpitalnych, po drugie podadza mu doustnie antybiotyk i jesli go nie wyrzyga, to nazajutrz mozemy isc do domu, ale jesli zwroci, zostaje na dluzej i bedzie dostawal antybiotyki dozylnie. Pierwsze to si epostawilam, ze samego go tu nie zostawie - myslalam ze on na lozku, ja na fotelu i jakos damy rade, a tu...
Karol dostal lozeczko, a ja skladane, niskie lozko. Byloby super, gdyby moje dziecko nie plakalo, nie jeczalo, nie rzucalo sie w tym lozeczku. Pielegniarki zakazaly brac go do siebie, zeby nie grzac soba, ale wzielam. Jakos nie krzyczaly - maly spal ladnie, w samym pampku, odkryty, a ja drzemalam w nogach pilnujac zeby z lozka nie spadl i tak jakos dotarlismy do rana. Antybiotyk sie przyjal. Rano Karol byl jzu wyraznie "lepszy". Po przebudzeniu podumal chwile i zataczajac sie (slaby jest strasznie) ruszyl na zwiady. I w sumie na tym spedzil niemal cale przedpoludnie... Szedl sobie w korytarz, zaczepial kogo spotkal, a jak mu odpowiadali to krecil glowa i mowil "nie, nie, nie". Dlugo nie trwalo, jak siostrzyczki na jego widok zaczely mowic "nie, nie, nie".
A jemu w to graj. Goraczka juz nie poszla w gore, w tej chwili jest fajnie chlodny - cos tam jest, ale to pikus. Leki w szpitalu podawalam mu sama, bo siostrzyczki sie poddaly kiedy zmienial sie w osmiornice. Wszelkie syropki podaja strzykawkami, troche takimi jak w Ibumie. Polewke mialam jak mi siostrzyczka przyniosla antybiotyk, a mnie zalecialo i pytam czy amoxycyllina - ona oczy. A to ma tak charakterystyczny zapach... Nnajwazniejsze ze juz w domu...