Niestety poroniłam w 7tc. Na wizycie ginekologicznej przy bardzo wysokim poziomie bhcg lekarz widział sam pęcherzyk ciążowy, bez nawet pęcherzyka żółtkowego. Postawił diagnozę zatrzymanego poronienia, wystawił skierowanie do szpitala. W szpitalu inny lekarz, bardzo młody, potwierdził diagnozę. Miałam poronienie wywoływane tabletkami, podawano mi je dwukrotnie w odstępie 24 godzin a następnie wykonano zabieg łyżeczkowania. Jestem już w domu, ale nie mogę przestać rozmyślać i obwiniać się, że to wszystko to moja wina, że jak dowiedziałam się, że jestem w ciąży to nie cieszyłam się tylko bałam, bo wykryto u mnie w tym samym czasie guza w piersi i czekała mnie biopsja, że stresowałam się pracą. Dodatkowo czuje się jak potwór, bo nie zdecydowałam się na zbieranie materiału poronnego i dręczą mnie wyrzuty sumienia, że być może w tym pęcherzyku był jakiś mikroskopijny zarodek, moje dziecko i zostało zutylizowane. Nie śpię, nie jem, nie mogę myśleć. Boje się, że skrzywdziłam to dziecko. I jeszcze dochodzą jakieś myśli, że może ci lekarze się mylili, że może należało zaczekać, że może wszystko potoczyłoby się inaczej gdybym puszka do innego lekarza. Jak wy sobie z tym poradziłyście, jak funkcjonuje od po czymś takim?