Imię Iwona
Wiek 21
Mój Aniołek Eliza
[*] - 02.04.2010-21tc
Miejscowość/ okolice pochodzenia Śląsk
Zainteresowania czytam dużo książek
Praca/Szkoła poszukiwania pracy po nieudanych próbach studiowania
Partner R
Moja historia:
Nie planowaliśmy tej ciąży. Brak warunków, bo nie mieszkamy jeszcze razem z powodów finansowych i brak moich chęci do dziecka. Uważałam, że najpierw chcę pożyć, zająć się przede wszystkim sobą, nacieszyć wspólnym życiem z R...
W styczniu 2010 zawaliłam branie tabletek anty. Mam nieregularne cykle więc musiałam czatować na @, ale jakoś tak się zdarzało, że na weekend mi trafiało więc w sobotę czy niedzielę nie mogłam iść do gina. A nie pamiętałam jakoś gdy mogłam iść w środku cyklu, albo po prostu odkładałam na następny dzień. W styczniu i lutym działały chyba jeszcze hormony, przez następne trzy miesiące mojego R nie było. Potem wakacje, miłość bez żadnych zabezpieczeń, w końcu coraz mniej mi sie to podobało ale on zawsze mówił, że nic się nie stanie, i w końcu zwyciężały zmysły. (potem się okazało, że miał być bezpłodny po wcześniejszym wypadku, lekarz mówił mu, że na pewno już nie będzie miał dzieci).
Test zrobiłam w listopadzie, jakoś w połowie. Żadnych objawów tylko ta świadomość, że jestem w ciąży... Kilka dni przed testem, w nocy położyłam rękę na brzuchu i powiedziałam do siebie, że jestem w ciąży, a następnego dnia powiedziałam do córeczki, że poradzimy sobie. Tak, wiedziałam, że to dziewczynka miała być. Nie wiem, skąd, ale R też tak czuł.
Dwie kreseczki, prawie od razu, obserwowałam jak się pojawiają, wyraźne, ciemnoczerwone. I ten płacz. Głośny szloch, całkowite załamanie... Jaka byłam niedojrzała wtedy... A może tylko bardzo przestraszona? Pretensje do R, mówiłam sobie, że zrobił mi to specjalnie, bo zawsze powtarzał, że chce maluszka. Potem USG. nigdy nie zapomnę wyrazu jego twarzy, tej radości w oczach i zachwytu. Przyszły miesiące dalszych pretensji i oskarżeń. Bunt, że ja nie chcę być mamą, że nie mogę brać odpowiedzialności za nowe życie, że nie potrafię zadbać o coś tak kruchego i zależnego ode mnie.
Ciąża przebiegała znakomicie. Żadnych mdłości ani nic takiego. Tylko ciągły głód, senność i zmieniające się ciało przypominały o małym gościu w moim brzuszku. Poczułam pierwsze ruchy gdzieś w 18tc, po wizycie u gina zaczęłam uważać co się dzieje w brzuszku, bo powiedział, że powinnam niedługo poczuć. I wreszcie te dziwne uczucie, nawet nie byłam pewna, czy to to. Potem coraz wyraźniejsze. Wewnętrzna udręka wciąż trwała ale było już inaczej. Może przez te ruchy Mała stała się dla mnie mniej abstrakcyjna? Powoli już oswajałam się z myślą o rodzicielstwie. Ciągle byłam nie pogodzona z sytuacją ale na wizytach wypatrywałam Małej na usg, szukaliśmy z R odpowiedniego imienia, żartowaliśmy jaka będzie...
W końcu przyszedł wieczór gdy źle się poczułam. Niedobrze mi było i bolał mnie brzuch. R był wtedy u mnie, mówił nawet, żebym tabletkę wzięła ale ja nie chciałam. Wiedziałam, że może źle wpłynąć na rozwój Małej. W dzień mi nic już nie było.
Następna noc i ten koszmarny narastający ból. Później dowiedziałam się, że to bóle krzyżowe były, wtedy nie wiedziałam, że takie w ogóle są. Musiała po mnie karetka przyjechać bo nie byłam w stanie się ruszyć. Zanim przyjechali odeszły mi wody i zaczęłam krwawić, nigdy wcześniej nie widziałam tyle krwi naraz... W szpitalu wszystko potoczyło się bardzo szybko, od razu na porodówkę mnie wzięli i urodziłam dziewczynkę, która już nie żyła... Dopiero wtedy popłynęły mi łzy. Wcześniej, choć wyłam z bólu nie mogłam się rozpłakać. Dopiero te słowa "dziewczynka", "nie żyje" przerwały tamę. Czekało mnie od razu łyżeczkowanie, niby z jakimś znieczuleniem ale i tak krzyczałam z bólu. Wyszłam ze szpitala następnego dnia, tam byłam otępiała, chyba też w szoku. W domu szok i otępienie mijały, za to pojawił się ból. Ten, który wiem, że pozostanie już ze mną, z którym nie walczę, ale uczę się żyć. Teraz oddałabym wszystko by mieć moją Kruszynkę z powrotem.
Ech... rozpisałam się trochę, mam nadzieję, że nie za bardzo.