Imię: Asia
Wiek ur 1981r
Nasze dzieci Aniołek 18.09.2010 (13tc)
Miejscowośc bądz okolice pochodzenia Kraków/ UK
Zainteresowania: podróże, czytanie, języki obce
Praca/Szkoła: praca z dziećmi autystycznymi
Zawód Pedagog
Mąż: Staszek
Jesteśmy małżeństwem od lipca 2009 a o gromadce dzieci marzę od zawsze. Kocham dzieci i nie wyobrażam sobie życia bez nich. Są obecne w moim życiu codziennie, ale z całego serca marzę o swoich...Kiedy moja przyjaciółka kilka lat temu przeżywała stratę swojego maluszka podziwiałam ją za siłę...ja wiedziałam, że nigdy w życiu nie przeżyłabym, gdybym straciła dziecko...Niestety i mnie dotknęła ta tragedia

( moje serce pękło na milion kawałków i nie wiem czy kiedykolwiek uda mi się je posklejać...
Po ślubie chcieliśmy pobyć trochę sami ze sobą, ale po kilku miesiącach oboje podjęliśmy decyzję o dziecku. Staraliśmy się 7 miesięcy i byłam bliska rozpaczy. Każda @ rozwiewała nadzieję, bałam się, że nie doczekamy maluszka. Lekarze nie bardzo chcieli pomóc, tłumacząc, że do roku czasu wszystko jest ok. Kiedy w 1 rocznicę ślubu zobaczyłam wyczekane dwie kreski płakałam ze szczęścia. czekałam na męża z malutkimi bucikami i testem ciążowym i nie mogliśmy uwierzyć, że nareszcie się udało

)
Od samego początku czułam się źle, mdłości były okropne, na samą myśl o jedzeniu było mi nie dobrze, ból piersi, omdlenia, zgaga-wszystko naraz. Lekarze tłumaczyli, że im więcej objawów ciążowych tym lepiej dla dziecka, tym więcej hormonów ciążowych.Niepokoiły mnie tylko brązowe plamienia. Udało nam się załatwić wizytę u polskiego lekarza i dostałam duphaston i zalecenie oszczędnego trybu życia.Akcji serca jeszcze nie było chociaż był to 6tc. Kilka dni później dostałam krwotoku, nigdy nie widziałam tyle krwi i skrzepów. Na pogotowiu czekałam 2 godz na przyjęcie zbadali mi ciśnienie, pobrali krew, powiedzieli, że poroniłam i puścili do domu. USG miałam mieć za 2 dni. Przepłakaliśmy cały ten czas, mąż został ze mną w domu...chyba się bał, żebym sobie czegoś nie zrobiła, bo wiedział, że nigdy nie przeżyłabym straty dziecka...Na usg nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście...serduszko biło i dziecko miało się dobrze, że ze mną wszystko dobrze. Usłyszałam, że kobiety w ciąży czasem krwawią i nie zawsze oznacza to coś złego. Ciąża to nie choroba, mam żyć normalnie i absolutnie nie brać żadnych leków podtrzymujących, bo to nie pomoże! W 8tc poleciałam do Polski w sprawach rodzinnych na kilka dni i tego samego dnia po przylocie kolejne krwawienie, skrzepy, pogotowie- czułam się bezpieczniej będąc w kraju, gdzie dba się o ciąże od samego początku a nie od II trymestru jak w UK. Na usg wyszło, że mam krwiaka podkosmówkowego, większego od dzidzi i zalecili leżenie plackiem, zwiększono mi dawkę duphastonu i zostawiono w szpitalu. Leżałam w sumie 5 tyg, dwa razy mnie wypuszczano i zaraz wracałam z krwawieniami.Dwa razy słyszałam "już Pani roni", ale udało się dotrwać do 12tc i poczułam ulgę. Krwiak się wchłaniał i częściowo wydalał, usg miałam co tydzień, żeby mnie podbudować i dodać sił do dalszej walki, udało się nawet zobaczyć płeć!!! Jaki mój mąż był szczęśliwy na wiadomość o synku... Kiedy za drugim razem zabrało mnie pogotowie z silnymi bólami brzucha i baaardzo obfitym krwawieniem, lekarze stwierdzili rozwarcie szyjki macicy (było gołym okiem widać główkę).To była szybka akcja, pamiętam jak przez mgłę stół operacyjny, strzykawki, kilku anestezjologów, wypełniałam jakieś dokumenty jak w amoku, przez łzy, ból był nie do zniesienia i było mi wszystko jedno co się ze mną stanie-chciałam umrzeć razem z tym dzieciątkiem

( I nagle krzyk lekarza, że szyjka się zamknęła, ból i krwawienie ustało...stał się CUD!!!Uwierzyłam, że już najgorsze za nami, że mój synek tak bardzo chce żyć, że damy radę!!Wiedziałam, że Bóg mi go dał i już go nie zabierze, najpierw w postaci II kresek a potem na tym stole zabiegowym.
Po 2 dniach zrobiono usg, żeby sprawdzić jak się miewa maleństwo. Lekarze, którzy mnie prowadzili od 5 tyg stwierdzili, że jest to najlepsze usg do tej pory, krwiak się wydala, dziecko fika i koziołkuje, aż trudno je zmierzyć, serduszko bije prawidłowo.I taki obraz pozostał mi w pamięci...I takiego Cię, syneczku zapamiętam na zawsze....
Tej nocy dostałam skurczy, prosiłam o pomoc, nie pomagała no-spa domięśniowo, nie pomagał paracetamol,podali mi relanium. Przespałam 2 godz i obudził mnie jeszcze większy ból, gryzłam poduszkę, ręce miałam sine od zaciskania, potem biegunka, skrzepy i nigdy nie zapomnę słów położnych stojących nade mną..."Pani wie, co się dzieje?"
szybkie usg, i JEGO już nie ma w macicy

(( i znowu ta sama sala operacyjna, strzykawki, narkoza...czekałam na kolejny cud,ale mój cud tej nocy, 18.09.2010
[*] odszedł do nieba ;(((
Tyle tygodni walki JEGO, mojej, lekarzy a Bóg i tak ma swój plan...nigdy nie zrozumiem, dlaczego najpierw mi dawał tyle nadziei a potem odbierał...
Minęło 6 tyg a ja udaję że żyję,wróciłam do Anglii, ale tu wszystko mi przypomina, że muszę wrócić do poprzedniego życia,ale dla mnie już nic nie jest takie jak dawniej, ja już nie jestem taka jak dawniej! zmuszam się do wszystkiego, jestem jak automat,praca już mnie nie cieszy, nic mnie nie cieszy, tęsknię tak bardzo do mojego synka

( mamy już zielone światło od gp i nie wiem, czy odczekać żałobę czy skupić myśli na kolejnej ciąży...wiem, że nikt nigdy nie zastąpi mi utraconego dziecka, ale może drugie dzieciątko da mi wiarę i siłę do życia...?
Troszkę pomaga mi forum, czytam Was na bieżąco, ale sama nie mam śmiałości pisać...