
Bez szaleństw ehtele.
O 22.00 ból w krzyżu,ktory się powtarzał ale myślę sobie "eee,nic sie nie dzieje" i dalej siedzę przy komputerze. O 00.00 chciałam się położyć spać ale ból nie ustawał tylko powtarzał się co kilka minut. Cóz - ale co to za poród z bólem w krzyżu bez żadnych dolegliwości ze strony brzucha?? Zbagatelizowałam tylko M musiał mi ciągle masować kręgosłup. O 1.00 zadzwoniłam do położnej bo M zdecydował,że albo jedziemy albo on idzie spać. Położna kazała poczekać ale już nie poczekalam

bo podczas rozmowy z nią nie mogłam ustać. Cóż...pojechalam więc na IP i przywitał mnie jakiś studenciak na recepcji i mówię "Chyba mam skurcze" a on na to "A czego?nogi?". No myślalam,że mu przywalę. Potem rozmowa z mega niemiłą położną,która zbadała tylko tętno dziecka,spisała kilka rzeczy no i na porodówkę pod KTG. Leżałam chyba do 4.00 pod KTG sluchając jak inne rodzą i zastanawiałam się "o co chodzi" bo nadal bolał tylko krzyż. Mocno, szczególnie gdy trzeba było bez ruchu leżeć na plecach, ale nie skarżyłam się. W trakcie KTG przyszła położna i mówię jej,że ja nawet nie wiem czy to są skurcze a ona na to"Jak Pani nie wie czy to skurcze to trzeba było siedzieć w domu!". Aaaaaha
Potem badanie u lekarza, ten stwierdzil,że mnie zatrzymują bo skurcze regularne,rozwarcie chyba na 4cm. USiadłam na korytarzu i mówię do Mka "no to rodzimy". Wszystko w taaaakim stoickim spokoju

O 6.00 bylam na porodówce (sama nie wiem co tak długo trwało) , położne kazały mi się rozebrać na co ja zdziwiona "majtki teeeż????"

"A co Pani myśli,że dziecko toporek ma ?"

Trochę śmiechu, przyjechala moja położna i przejęla pałeczkę.
Ustaliła,że mam urodzić do 12.00 i koniec kropka. Dała mi jakąś dawkę oksy, przebiła pęcherz, dała coś jeszcze (hmm...co?) trochę po kryjomu

i zaczęłyśmy walczyć- masowanie sutków , kręcenie tyłkiem itd.. Oczywiście..skurcze coraz mocniejsze ale do 6cm cały czas się zapierałam że nie chcę znieczulenia. W końcu zgodzilam się na dolargan bo już nie moglam wytrzymać (w tym czasie M cały czas musiał mi kręgosłup masować bo go wyzywałam). Po dolarganie - aaaach,jak błogo. "Niech sobie Pani idzie na kawkę, ja tu sobie poleżę"
Niewiele dalej pamiętam. Przyszły parte, zebralo się trochę ludzi a ja krzyczę,że nie będę przeć bo kupe zrobie

to jest dokładnie takie uczucie. Oni w śmiech "NO TO RÓB"

Najbardziej wstydliwa chwila dla mnie.OczYwiście nic takiego sie nie zdarzyło i po kilku minutach mała była ze mną. Kojarzę moment nacinania (uczucie jakby papier przecięto,nic a nic nie bolało), chwila grozy gdy mała nie płakała, rozmowy położnych,że dziecko duże i potem jej słodkie ciałko na moim brzuchu.Jejciu.

)
Mek poszedł z małą na ważenie a ja byłam szyta , co może pominę bo nie było zbyt przyjemne a trafiłam na jakąś bardzo młodą lekarkę.

Nooo to właściwie więcej u mnie śmiechu niż paniki chociaż pewnie wtedy tak tego nie widzialam. Udawałam twardzielke

na co położne reagowały śmiechem "Ojj ile takich twardych tu przyszło a przy 6cm zmieniały przekonania"
