Tylko, że ja tu chyba jestem skrajnym przypadkiem strachu przed porodem. Od zawsze się bałam. To, że nigdy nie grzeszyłam urodą ani pewnością siebie pomogło mi skutecznie unikać mężczyzn. Panicznie się bałam, że zajdę w ciążę. Nie chciałam, żeby była chociaż jedna milionowa szansa, że mogę zajść w ciążę. Męża poznałam w wieku 25 lat na czacie, wchodziłam tam tylko pogadać, bo brakowało mi kontaktu z ludźmi (wieloletnia depresja, rzucone studia, 2 półroczne okresy nie opuszczania własnego pokoju). I odważyłam się z nim spotkać. Zakochaliśmy się, było jednak ale. Ja nie chciałam mieć dzieci, on chciał. Ja jestem katoliczką, on ateistą. Żeby zawrzeć jakikolwiek związek, na początek każdy miał z czegoś zrezygnować: ja ze ślubu kościelnego gdyby nam wyszło on z dzieci. Związek wyszedł. Sam zaproponował, że będziemy mieć ślub kościelny, bez żadnych wymagań ode mnie. Po pewnym czasie jeszcze przed ślubem, powiedziałam mu, że zgodzę się na dziecko, ale tylko jedno. Nie ma co ukrywać też chciałam mieć dziecko. Wiec ślub we wrześniu 2015, 3 razy sztuka i jestem w ciąży. Mąż sam poprosił mnie, żeby mógł być przy porodzie. Chcę, bo boje się swojej reakcji po porodzie. Boję się że będę miała w sobie taki żal, że będę tylko płakać i nie będę w stanie przytulić własnego dziecka, z żalu nad sobą, z tego co mi się stało. Kocham moje dziecko, więc chce żeby je ktoś wziął w ramiona i przytulił i powiedział, jak to my rodzice czekaliśmy na nie. Żeby czuło się kochane od początku, jeśli ja nie będę mogla to niech to zrobi tata. Tak trochę się po wyżalałam, bo tu nie mam komu u siebie. Nie mam koleżanek tutaj. Sorry jeśli zaśmieciłam temat.