Eh... Dawno mnie nie było, ale jakoś nie miałam weny, żeby zaglądać, bo znów mam problemy... Nie wiem, czy pamiętacie, ale jakoś na początku lipca wyprowadziłam się od chłopaka do mamy. Później wyjechałam na dwa tygodnie. Po powrocie raz było dobrze, raz źle, ale generalnie bardzo go Kocham i wróciliśmy do siebie. Ale nadal mieszkałam do mamy czekając na odpowiedni moment na powrót. Wróciłam w tamten weekend, bo zaczął prace w godzinach 11-21 i nie było możliwości się spotkać. Było tak uroczo, tak rodzinnie. Rano robiłam śniadanko do pracy, później ogarniałam w mieszkaniu i gotowałam obiad, bo zdarzało się, że wpadał w trakcie pracy na obiad, wieczorem kolacyjka, jakiś film, rozmowy, przytulanie, spanie. Jak w bajce... No, ale jak widać nie każda bajka kończy się happy endem, w poniedziałek (po zaledwie dwóch tygodniach razem) wróciliśmy do punktu wyjścia. Znów mieszkam u mamy. Dowiedziałam się, że cała ta (cytuję) "szopka z udawaniem miłości, to dlatego, że kocha dziecko i chciał mieć do niego stały dostęp, więc udawał, że mnie też kocha". Jestem załamana... Nie mam gdzie mieszkać, bo w mamy są tylko dwa pokoje, a mieszka w nich mama z moją siostrą, jej mężem i dwójką dzieci, więc nawet nie mam gdzie wstawić łóżeczka. A po 30 tygodniach macierzyńskiego wsadzimy z Synkiem zęby w ścianę...
Może to głupie, że tak się uzewnętrzniam na forum, ale jak się wygadam, to mi lżej. Przed znajomymi już mi wstyd, bo nie raz przez niego płakałam, ale miłość jest ślepa i zawsze wierzyłam, że to był już ostatni raz. Tym bardziej, że jak już jest dobrze, to jest jak w niebie. A tu czuję się taka anonimowa, więc łatwiej mi się otworzyć...