Może moja opowieść komuś pomoże coś przetrwać, nie jest do końca związana z tematem - ale ostatnio, nie wiem czemu, wędruję trochę po tak dramatycznych forach, czytam opowieści różne, i pomyślałem, że może opiszę nie do końca swoją historię, ciąg dalszy.
Otóz... Lat temu już prawie 40, moja Mama zaszła w ciążę. Szczegółów medycznych nie znam, czesci nie pamietam, nie w tym rzecz. Jednak Marcinek urodził się duzo za wcześnie, pewnie ok. 30 tygodnia. Dawno temu, inkubator jakiś tam w szpitalu był, nienagrzany, technika medyczna była na zupełnie innym poziomie - 45 minut życia, za mały, za słaby.
Ja urodziłem się bezproblemowo kilka lat później.
Ale... Miałem brata. Mam brata. Trudno to nazwać, żyliśmy w innym czasie, nigdy sie nie spotkalismy, moze kiedys gdzies sie spotkamy. Znam tylko malutki grobek na cmentarzu, na którym od dziecka zapalam świeczki, kładę mały kwiatek. I czuję się cholernie z tym miejscem związany. Tam jest mój Brat. Czasami sobie myślę, jaki byłby, co by mi powiedział, jak by żył. Może trochę czasem mi żal, że nie biliśmy się o samochodziki w dziecinstwie. Ale od zawsze wiem, ze tam, pod malutką płytą, leży mój brat.
I równoczesnie czuję, że mam brata - nierealnego, niecielesnego, ale gdzies tam we mnie gleboko siedzi poczucie jego istnienia.
I w ten sposob po prostu jest z nami, przy mnie od zawsze. Moze wlasnie dlatego Jego istnienie, króciutkie zycie, było wazne, potrzebne ?
Dla mnie zawsze to bylo oczywiste. Ten maly grobek, to, ze z rodzicami szlismy do Marcinka zapalic znicz, potem juz bardzej dojrzale mysli. Ae nigdy nawet przez glowe mi nie przeszlo, ze moge byc zamiast Niego, zastepuje Go rodzicom, czy cos takiego. Ot, jest nas trojka rodzenstwa, tylko Marcinek mieszka gdzies indziej. NI nieraz o Nim myslę jako o tej małej kruszynce, jaką był, a nieraz - jak o kilka lat starszym facecie, ktorym bylby dzisiaj - wiec, rosnie wraz z nami.
I, nie wiem, czy to mądre, ale tak myślę, życzę Wam, obolałym, po przeżytej tragedii, żeby rodzeństwo Waszych Aniołków miało w sercach swoich braci i siostry, a Aniołki będą w nich żyły...
Otóz... Lat temu już prawie 40, moja Mama zaszła w ciążę. Szczegółów medycznych nie znam, czesci nie pamietam, nie w tym rzecz. Jednak Marcinek urodził się duzo za wcześnie, pewnie ok. 30 tygodnia. Dawno temu, inkubator jakiś tam w szpitalu był, nienagrzany, technika medyczna była na zupełnie innym poziomie - 45 minut życia, za mały, za słaby.
Ja urodziłem się bezproblemowo kilka lat później.
Ale... Miałem brata. Mam brata. Trudno to nazwać, żyliśmy w innym czasie, nigdy sie nie spotkalismy, moze kiedys gdzies sie spotkamy. Znam tylko malutki grobek na cmentarzu, na którym od dziecka zapalam świeczki, kładę mały kwiatek. I czuję się cholernie z tym miejscem związany. Tam jest mój Brat. Czasami sobie myślę, jaki byłby, co by mi powiedział, jak by żył. Może trochę czasem mi żal, że nie biliśmy się o samochodziki w dziecinstwie. Ale od zawsze wiem, ze tam, pod malutką płytą, leży mój brat.
I równoczesnie czuję, że mam brata - nierealnego, niecielesnego, ale gdzies tam we mnie gleboko siedzi poczucie jego istnienia.
I w ten sposob po prostu jest z nami, przy mnie od zawsze. Moze wlasnie dlatego Jego istnienie, króciutkie zycie, było wazne, potrzebne ?
Dla mnie zawsze to bylo oczywiste. Ten maly grobek, to, ze z rodzicami szlismy do Marcinka zapalic znicz, potem juz bardzej dojrzale mysli. Ae nigdy nawet przez glowe mi nie przeszlo, ze moge byc zamiast Niego, zastepuje Go rodzicom, czy cos takiego. Ot, jest nas trojka rodzenstwa, tylko Marcinek mieszka gdzies indziej. NI nieraz o Nim myslę jako o tej małej kruszynce, jaką był, a nieraz - jak o kilka lat starszym facecie, ktorym bylby dzisiaj - wiec, rosnie wraz z nami.
I, nie wiem, czy to mądre, ale tak myślę, życzę Wam, obolałym, po przeżytej tragedii, żeby rodzeństwo Waszych Aniołków miało w sercach swoich braci i siostry, a Aniołki będą w nich żyły...