Jak już tu kiedyś pisałam, jestem taką dupą wołową, że pozwoliłam sobie na utratę pracy na niecałe 2 miesiące przed zajściem w ciążę i nowej roboty, takiej żebym miała umowę o pracę, ubezpieczenie i inne "luksusy" już nie udało mi się znaleźć. Żeby mieć ubezpieczenie zarejestrowałam się w urzędzie pracy.
Miesiąc temu zaniosłam im pierwsze L4, żeby nie musieć obowiązkowo stawiać się w urzędzie na kontrole.
Brzuch urósł i stwierdziłam, że pora przestać udawać, że w takim stanie w ogóle szukam pracy.
W internecie czytam, że wszędzie wystarczy dać kartę ciąży do skserowania i PUP daje spokój. Dzisiaj zawiozłam drugie zwolnienie. Wlazłam na to cholerne 3 piętro, dałam L4, mówię co i jak, i pytam się, czy chcą skserować moją kartę ciąży. Kobieta patrzy się na mnie z taką miną jakbym machała przed nią brudnych kawalkiem papieru toaletowego "nie.... nie chcemy, a jest pani pewna że nie dostanie pani już pracy". Odsunęłam się od lady, zaprezentowałam brzuch i powiedziałam, że już przestałam się łudzić, że ktoś mnie zatrudni z takim brzuszkiem.
Wygonili mnie do drugiego budynku. Oczywiście u nas nie może być tak pięknie, że wystarczy karta ciąży - muszę dostarczyć zaświadczenie od ginekologa o tym, że jestem w ciąży. No to za miesiąc znowu będe musiała do nich jechać

A miałam nadzieję, że już po dzisiejszej wizycie będę miała ich z głowy.