Witam!
Oj, Malutka, oj Mordziulka , żebyś tak mogła być w mojej skórze i jak widzę nie tylko....
Nie masz pojęcia o czym piszesz DZIECIAKU
Poród miałam przez casarkie cięcie w 39 tygodniu przy znieczuleniu ogólnym bo mojej Małej przestało bić serduszko, jak się okazało miałam ostrą zamartwicę wewnątrzmaciczną....Bóg jeden wie skąd to się wzięło.Ciąża przebiegała prawidłowo, chodziłam regularnie do lekarza prywatnego, robiłam badania etc.Moje Dziecię było karmione ze strzykawki przez dwie doby wobec czego jak przystawiłam ją do piersi po raz pierwszy to nie chciała za żadne skarby ssać. Męczyłam się strasznie, zresztą ona nie mniej. Później miałam nagle nawał pokarmu, do takiego stopnia, że zaczęły mnie strasznie boleć piersi. Z kolei mała nauczyła się ssać, ale nie nadążała łykać wobec czego zaczęła mieć gazy i kolki... Przy naszej wspólnej nauce karmienia i uczenia się siebie okazało się że mam bardzo wrażliwe sutki i nie mogę znieść bólu związanego z karmieniem, zaczęłam płakać przy każdym karmienu, co wiązało się z narwowościa moją i córci. Zaczęły pękać mi brodawki, bolało coraz bardziej i za cholerę nie wiedziałam jak pomóc sobie i małej. Zaczęłam karmić przez kapturki, które przyniosła mi do szpitala moja mama. Jakoś poszło, udało się przetrwać te kilka dni w szpitalu. Ale później okazało się że mała ma żółtaczkę mocną i musi byż naświetlana. Stres ogromny i dla mnie i dla niej, ona płacząca , ja przerażona.Pilnowałam ją przez całą noc, żeby nie ściągnęła opaski z oczu.Płakałam ze zmęczenia.Wdodatku ona cały czas płakała bo miała kolkę, a w dodatku było jej gorąco, zresztą do tej piry jak jej gorąco lub "tylko" za ciepło to płacze. Później wreszcie wróciłyśmy do domu. Była ze mną moja mama bo mąż pracuje w morzu.Pomogła mi bardzo, dzięki niej otrząsnęłam się trochę z tego całego stresu związanego z porodem i pobytem w szpitalu. Ale piersi dalej bolały przy karmieniu, wręcz stały się nietykalne.Kupiłam laktator i zaczęłam ściągać pokarm. Bolało dużo mniej, a i mała lepiej jadła. Ale wtedy miały miejsce bardzo stresujące wydarzenia w naszej rodzinie i pokarm zaczął zanikać. Zaczęłam karmić małą butelką bo nie miałam innego wyjścia. Przez to miałam nerwów jeszcze więcej bo czułam się złą matką nie podając dziecku piersi tak często jak tego potzrebowało. Właściwie wystarczało pokarmu na kilka łyków Małej i koniec. Minęły trzy tygodnie, nerwy się uspokoiły i któregoś wieczora stwierdziłam że się nie poddam. Zaczęłam przystawiać małą do piersi na dłużej, po butelce żeby nie była super głodna. Powoli, powoli pokarmu było coraz więcej i udało się powrócić do karmienia piersią.
Teraz Mała ma dwa miesiące, ja mam spokój, nie ma ani trochę nerwów, jem bardzo "ładnie", mała nie ma kolek, czasem miewa mały ból brzuszka ale udaje się nam go pokonać, ale niestety pokarm zaczyna samoistnie zanikać. I nie ma sposobu na poprawienie sytuacji, więc nie mów Malutka i Mordziulka że z wygody kobieta karmi dziecko butelką i tym podobnych bzdur.
Karmiłam i piersią i butelką i ani trochę butelka nie jest wygodniejsza od piersi.
Pozdrowionka
Monia