Po dłuższej przerwie powróciłam - jak już pisałam ze szpitala z dzidziusiem :-) oczywiście po cesarce, więc podziele się swoimi przeżyciami.
Data była ustalona więc od rana się zaczęło. Najpierw lewatywa. Potem podłączyli kroplówki, po których zrobiło mi się sennie - prawdopodobnie to był "głupi jaś". Przyszedł anestezjolog i wyjaśnij na czym będzie polegało znieczulenie. Kroplówki brałąm gdzieś godzinę, może półtorej. w międzyczasie podłączyli cewni (to akurat bardzo nieprzyjemne i troche bolało). Po 10 zabrali mnie na sale operacyjną. Dali znieczulenie (w sumie nie boli, czuć tylko rozpieranie na kręgosłupie) i za chwile na dole nic nie czułam, choć miałam nadal takie uczucie. Po 10 minutach dzidzia była na świecie :-) . Przyłożyli mi go do buzi na chwilę, więc od razu go widziałam. Oczywiście nie obyło się bez łez. Następnie zaczęło się długie zszywanie - nawet troche przysnęłam. Podczas cięcia była nawet miła atmosfera, cały czas pytali się czy wszystko wporządku, rozmawiali ze mną, interesowali się dzieckiem.
Położyli mnie na sali, wcześniej jeszcze widziałam się z mężem jak wyjeżdzałam z sali.
Przez kilka godzin leżałam bezruchu. Na początku strasznie mną trzęsło, ale nie było zimno. Pionizowali mnie dopiero następnego dnia nad ranem o 5. Nie chcieli tego robić na noc. Na początku troche się nie udawało, kręciło mi się w głowie, więc spowrotem do łóżka udało i kroplówka przeciwbulowa. udało się za trzecim razem, ale wtedy wstałam już sama - chęć zobaczenia dzidzia była bardzo silna - tymbardziej, że leżał na intensywnej opiece, daleko ode mnie

- to akurat było bardzo przygnębiające, bo inne matki były ze swoimi maleństwami od razu.
Najgorszy jest pierwszy dzień po cesarce, ciężko chodzić i wszystko boli, ale tak naprawdę szybko dochodzi się do siebie.