Odradzam poród w Szpitalu Wojwódzkim w Tychach, choć decydowałam się na rodzenie w tym miejscu ze względu na dobre opinie znajomych i fakt, ze dyżuruje tam mój lekarz. Na porodówce przyjęto mnie na zwykłej wersalce umiejscowionej z widokiem na korytarz, na którym oczekiwali meżczyźni do porodu rodzinnego. Na szczęście zmieszani - odwracali wzrok. Co jakiś czas z boksu porodowego wychodził jakiś mąż do toalety i miał pełny widok na mnie i na inną kobietę leżącą na szpitalnym łóżku dostawionym do ściany (gdy w którymś momencie widziałam jak ginekologicznie badał ją lekarz zastanawiałam się, co by było gdyby w tym momencie do toalety wyszedł jakiś mężczyzna z porodu rodzinnego?).
Leżałam na tej wersalce, bo trzy miejsca porodowe były zajęte. Okryto mnie prześcieradłem i podłączono do aparatury mierzącej skurcze i tętno dziecka, potem ze względu na nierównomierne i słabe skurcze odesłano na oddział, na którym przeleżałam w niezmiennym stanie (skurcze nierównomierne) kolejne godziny, w sumie już 11godzin. Nie zrobiono mi USG, ani żadnej z kobiet na odddziale (ponoć USG nie robiono tam od dwóch dni), nie zbadano mi rozwarcia. Raz zbadano częstotliwość skurczy mierząc je 30 min. Dopiero po interwencji męża przeprowadzono mi badanie ginekologiczne, stwierdzono rozwarcie na 4, 5 cm i zalecono oksytocynę i przejście na porodówkę. Tam spotkałam się z położną, która stwierdziła, że to już jej dziesiąty poród dzisiaj - i tak też mnie traktowała - żadnej pomocy, wydawała tylko polecenia gdzie mam się umiejscowić i zostawiała mnie pod opieką męża, który zmieniał mi podkłady i z prawej na lewą biegał ze stojakiem kroplówki i drugą ręką trzymał słuchawkę tętna przy moim podbrzuszu. Słyszałam pytania położnej, na które nie mogłam odpowiedzieć ze względu na skurcze - usłyszałam, że nie współpracuję. W pewnym momencie usłyszałam, że "musimy wyłączyć tą aparaturę, bo oszczędzamy papier". Po interwencj męża po jakimś czasie ta aparatura mierząca tętno znów została do mnie podłączona. Ustawiałam się różnie żeby ulżyć bólom - przy ściance, na łóżku w kucki, na boku w pozycji leżącej. Raz przyszła położna z drugiej zmiany z workiem porodowym, który zaraz mi zabrano, jednak nikt nie proponował mi tych udogodnień porodowych, o których tyle dobrego słyszałam w Szkole Rodzenia odbywającej się w tym szpitalu.
Z prawej strony słszałam krzyki innej rodzącej, którą przywieźli - położna, lekarka, aparatura mierząca tętno dziecka i wiatrak - przewędrowały do boksu obok. Mąż zaczął sie martwić o tętno dziecka. Badano mnie co chwilę sprawdzając położenie główki dziecka. Jakość tych badań pominę milczeniem. Albo powiem tylko tyle, że czasem równały się z bólem skurczów. Personel zaczął mówić coś między sobą, dopiero gdy mąż spytał co sie dzieje, poinformowano go, że główka jest nieprawidłowo ustawiona i musi być cesarskie cięcie. Tą decyzję podjęto po blisko 6 godzinach mojego rodzenia główki, która urodzić się nie mogła, a gdybym się uparła - kto wie jakim nieszcześciem mogłoby się to skończyć. A wystarczyło USG przed porodem i wiadomo byłoby jak dziecko jest ułożone. Oszczędzono by mi cierpień i ryzyka urodzenia niepełnosprawnego dziecka. Na szczęście urodził się zdrowy chłopczyk 4200 i staram się zapomnieć o tym w jakich okolicznościach przyszedł na świat.
Jedno wiem na pewno, nigdy nie zrezygnuję z obecności męża przy porodzie. Aż strach pomysleć co taki personel mógłby zrobić ze mną gdyby nie opieka męża, jego czujność i świadome interwencje podczas mojego porodu.