Witam się z Wami wieczorową porą, po długiej nieobecności.
Po pierwsze chciałam Wam i waszym rodzinom życzyć wszystkiego najlepszego w Nowym Roku, by conajmniej nie był gorszy od minionego. Przede wszystkim zdrówka i wielu wyjątkowych chwil z naszymi cudownymi maluszkami.
Zastanawiam się od czego zacząć...
U mnie jakaś kumulacja negatywnych zdarzeń i emocji.
Dzisiaj w nocy po 5 dniach nieobecności wraca mój mąż. Już nie wyrabiam psychicznie z jego pracą:-( Cigąle jesteśmy w domu same albo jesteśmy wywożone do moich rodziców. Mam tego serdecznie dosyć, gdyby chociaż ze zwiększeniem liczby obowiązków i wyjazdów wzrosła pensja ale nic. Tak tam manipulują ludźmi, że szok.
Z moimi futrami też kiepsko i nie wiem, co dalej.
Wczoraj nocował u mnie kuzyn -jego środkowy synek (3,5roku) choruje na białaczkę i jest leczony we Wrocku. Najmłodszy w niedzielę kończy rok. Niewiele starszy od naszych maluchów, a cały czas praktycznie pozbawiony mamy, która od czerwca prawie non stop z Misiem w szpitalu... Przegadaliśmy pół nocy. Są bardzo dzielni, a ta choroba jest okropna. Jak opowiadał mi co tam w tym szpitalu... co przechodzą te maluchy, ich rodzice, to jak wiele z nich przegrywa walkę o życie.. Straszne. A człowiek czasem robi dramat, że jego dziecko marudne jest...
Ale nasmuciłam... to właściwie nie jest wszystko ale po takiej przerwie post zgorzkniały do granic chyba nie jest ok.
Staram się nadrobić ale słabo mi idzie. Postaram się choć część poczytać.
I tym optymistycznym akcentem pozwolę sobie zakończyć pisanie, a zajmę się czytaniem.