Moje kochane.
W zasadzie nie wiem, czy powinnam tu jeszcze zaglądać.....ciężko mi jednak tak po prostu odejść....
Dokładnie tydzień temu serduszko naszej Kaji przestało bić.
Przez 2 tygodnie byliśmy pod opieką najlepszego genetyka w całej Walii. Jest to o tyle pocieszające, że skoro on powiedział,że więcej się zrobić nie dało....znaczy,że tak musiało być. Nie chcę wnosić tu smutku, ale nie ukrywam,że nic gorszego nie mogło mnie w życiu spotkać.
Chwila, kiedy na usg serduszko już nie biło, do końca życia pozostanie przed moimi oczami. I ta piszcząca kreska, kiedy lekarz puściła przepływy.....Byłam na to gotowa. Tzn tak sądziłam, ale na to chyba nigdy nie jest się przygotowanym. Żal, płacz, rozpacz....tego się nie da opisać.
Osobiście czułam,że Kaja odchodzi. Już w niedzielę głaskałam brzuszek i mówiłam jej,że jeśli tak bardzo jest chora, jeśli tak trudno jej żyć, to niech odejdzie. Że ja z tatusiem sobie poradzimy....Nie kopała już wcale. Czasem czułam,że tam jest, ale tylko czasem. Cały poniedziałek była cisza, mimo,że jeszcze rano serduszko jak nigdy głośno biło na detektorze. Nigdy wcześniej i nigdy później nie usłyszałam tak intensywnego bicia jej serca....We wtorek rano było usg. Bałam się. Bałam się,że już wtedy zobaczę tę ciszę....tak. Tę ciszę się widzi. Ona jednak jeszcze żyła. Serce biło, ale bardzo mocno zwalniało.....mój lekarz wiedział. Ja wiem. Nie powiedział,że to się stanie, ale ja wiem,że wiedział. Po to zatrzymał mnie do czwartku. Przecież normalnie miałam już wtedy, we wtorek wyjść. Powiedział,że nie jest gorzej. Że przepływy mózgowe wróciły do normy. To była dobra wiadomość. Zła,że Kaja nadal cierpi. Dowiedziałam się wtedy,że kariotyp wyszedł prawidłowy i kolejne wirusy ujemne. Pozostało nam czekać na dalsze wyniki, które miały nadejść za 2 tygodnie. Wyszłam smutna. Poszłam na oddział. Moja kruszynka nadal nie kopała. Ja czułam,że ona tam umiera....Zaraz ktoś przyszedł znowu szukać bicia serca. Biło, ale już cicho i nie regularnie. Przyjechał mąż z synkiem. Ucieszył się,że jest deczko lepiej,że te przepływy lepsze. Miło spędziliśmy czas. Śmialiśmy się....malutka nagle zaczęła mocno kopać. Nie długo, ale intensywnie. Mąż mówi,że przywitać się chce.....ona jednak się z nami żegnała....
Tomek pojechał, a ja zostałam sama. Zrobiło się ciemno. Po 21 przyszła położna szukać serduszka....nie było....przecież wiedziałam. Wezwali lekarza......cisza.....Kaja odeszła. Zasnęła pod moim sercem. Tak jakby posłuchała moich próśb niedzielnych.....nigdy wcześniej nie czułam takiej pustki.....
Dalej już wszystko działo się szybko. W nocy podpisanie papierów, badania. Rano przygotowania do cc. Mąż u mojego boku non stop. O emocjach nie napisze wiele, bo nie ma takich słów, które by mogły je określić. Jestem wdzięczna szpitalowi w Cardiff, że mogliśmy nacieszyć się naszym Aniołkiem, jak długo chcieliśmy. Tuliłam, rozmawiałam i całowałam. Wiem,że jej już nie było, ale chciałam by wiedziała,że zawsze będzie naszym 4 dzieckiem. Oddałam ją dopiero na następny dzień, kiedy już byłam pewna,że wie o wszystkim. O Was też. Szpital załatwił dla nas więcej niż spodziewaliśmy się. Wychodząc do domu w piątek (po 2 dobach od cc) mieliśmy akt zgonu w ręce, załatwiony pogrzeb, wszystko odnośnie sekcji również, oraz dalsze postępowanie diagnostyczne ( bo wciąż mnie prowadzi nasz genetyk). Póki co jako powód śmierci wpisany jest obrzęk nieimmunologiczny. Mamy nadzieję,że z biegiem czasu dowiemy się, co go spowodowało i czy mamy jeszcze szansę na zdrowego maluszka. Dostaliśmy również pudełko wspomnień, a w nim kocyk, misie pluszowe, świadectwo chrztu, świeczkę od chrztu, odciski stópek i rączek i śliczne zdjęcia naszego Aniołka.
A Kaja?
Kaja jest i będzie zawsze naszym dzieckiem. Będzie pochowana w przepięknych ogrodach, ale nigdy w naszych sercach. Mówimy o niej, oglądamy pamiątki i tęsknimy...Była śliczna. Urodziła się z wagą 2160g i choć widać było,że cierpiała, to wcale nas nie przeraził jej wygląd. Cieszę się,że mogłam spędzić z nią czas. Że widziałam jak mocno była chora...jestem spokojniejsza. Zasnęła słysząc bicie mojego serca. Nic ją już nie boli....Moje serce rozdarte. Walczę ze sobą każdego dnia. Są lepsze i gorsze. Wiem....muszę przejść przez ten ból w całej jego rozciągłości.....strasznie to trudne...
Wam chcę podziękować. Za to,że wierzyłyście, kiedy ja bałam się wierzyć....Za to,że pomimo mojej nieobecności pamiętałyście i wspierałyście. Za każde światełko dla mojej córeczki. Bo niczego bardziej nie potrzebuję, jak świadomości,że jest jej tam dobrze. Czy kiedyś poznam sens tego co się stało? Nie sądzę....to nie ma sensu.
Chyba czas na mnie. Czas, by się z Wami pożegnać. Co prawda ja nadal czuję się grudniówką, mimo,że moje serduszko odeszło. Nie wiem, czy wypada, ale chciałabym, aby Kaya widniała na liście urodzonych maluszków grudniowych. Ur. 17.09. 2014, godz. 11.35, z wagą 2160g przez cc, 28t + 4 dni....Myślicie,że mogę Was o to prosić? Jeśli nie chcecie tego, by coś tak smutnego rozpoczynało listę.....zrozumiem i nie będę mieć żalu. Ale dla mnie Kaja to nie tylko Aniołek. To moja córcia....
Możecie mnie usunąć z wątku zamkniętego, jeśli uznacie,że to konieczne. Pozwolę sobie zajrzeć do Was tu czasami, choćby z sentymentu. Jesteście wciąż mi bliskie i jakoś trudno tak po prostu odejść....
Przepraszam,jeśli smucę Was. Po prostu czułam potrzebę napisania. Mam nadzieję,że rozumiecie mnie. Wam kochane życzę powodzenia. Z radością w sercu będę Wam gratulować, kiedy przyjdzie czas na Wasze Skarby. Za każdą trzymam mocno kciuki i każdej z osobna bardzo dziękuję. Na prawdę jesteście niezastąpione!
Pozwolę sobie na wątku zamkniętym wrzucić zdjęcie mojej perełki....może to Wam pomoże zrozumieć, dlaczego ona wciąż JEST, a nie była...