Cześć dziewczyny, u mnie też już minęło 5 dni od terminu i nic. Skurcze jakieś mam, ale nie za mocne i nie za często. Maluszek się rusza cudnie, ale wychodzić nie chce. Wczoraj jak szłam do szpitala na ktg, to pośliznęłam się na lodzie i bęcnęłam na tyłek. Przy okazji trochę skręciłam i kolano i teraz pobolewa. Po upadku pomyślałam, że może wywoła poród i jak dojdę do szpitala to będę miała skurcze, ale niestety na ktg nie zapisał się żaden.
Poza tym powoli odchodzę od zmysłów, nie mogę za bardzo spać w nocy, bo ciągle się denerwuję, aby nie przekręcić się na prawy bok, chcociaż i tak czasami to robię. Boję się, ze spowoduję niedotlenienie maleństwa i coś złego się trafi. Tak się nakręcam tymi myślami, że chyba właśnie dlatego nie mogę spać.
Nic mi się już nie chce, sprzątam, chodzę na spacery z psem, ale najchętniej siedziałabym i czekała na skurcze. Mój mąż od 1 lutego zaczyna pracę w nowej firmie - więc najlepiej byłoby, gdybym urodziła w najbliższy weekend, aby nie wzywać męża do porodu w pierwszy lub drugi dzień w nowej pracy. Z drugiej jednak strony chciałabym, aby to było jak najszybciej.
Długo mogłabym się tak skarżyć, bo dziś mam chyba wielkiego doła.
Pozdrawiam i cieszę się, ze nie jestem w tym wszystkim sama, chociaż życzę wam jak szybszych rozdwojeń.