To co mnie dzisiaj spotkało kwalifikuje sie na pierwszą strone gazet wg mnie. No wiec. Od wczorajszego wieczoru Dzidzia bardzo mało sie ruszała. Dzisiaj rano mąż zawióżł mnie na ktg do przychodni wyszło dobrze ale zostałam poproszona na rozmowe do lekarza. Korzystając z okazji zapytałam sie co mam zrobić przy tak dużej rozbieżności pomiędzy datą porodu wyznaczonął wg OM a wg kilku ostatnich USG. Wg OM 6 listopad wg kilku ostatnich usg na 18 października. Profesorek kazał położyć sie na kozetke podotykał brzucha i powiedział ze Dziecko rzeczywiśćie jest bardzo duże ze powinnam już rodzić jeśli chce rodzić naturalnie ale ponieważ do terminu z OM jeszcze troche czasu wiec on nic nie może poradzic:] Mąż sie zdenerwował ja tez bo cesarki miec nie chce i zawiózł mnie na Warszawską. Tam czekałam w kolejce do lekarza ponad godz żeby usłyszeć że ona za nikogo pracować nie będzie, że nie ona przez 9 miesięcy brała kase z kasy chorych i nic ja nie obchodzi co sie dzieje z moja ciążą:] wyszłam z tamtąd totalnie wściekła trzaskając drzwiami. Służba zdrowia!!!!!!!!!!!!. Do PSK wogóle nie miała sie po co pchać bo tam jeszcze więksi formaliści. I skoro w książeczce ciąży jest napisane ze na 6 listopada mam termin to ich nic nie obchodzi.
Dziwię się że z nerwów jeszcze nie urodziłam. Na 17.35 zapisałam sie na wizytę na Parkowej. Tam też chyba umówie sie na wywołanie porodu. Boli mnie już spojenie łonowe, odejmuje mi nogi nie dam rady dłużej tego ciągnąć. Opiszę co mi powiedzieli w prywatnej klinice. Trzy tygodnie temu Maluszek ważył 3500 rusza sie mało wiec pewnie dużo przybiera na wadze. mam nadzieję że już niedługo to się skończy. Zastanawia mnie tylko jedno czy na drugi dzień po porodzie SN dam rady normalnie wrócić do domu i jakoś funkcjonowac. Musze sie zbierac, narazie Dziewuszki.