Dziewczyny, ale jestem wściekla!
Jak wiecie, Martynka chodzi do żlobka na 4 h dziennie, od 8:30 do 12:30, odbiera ją teściowa. Kiedyś już miala takie akcje, że przychodziła po nią wcześniej, ale M. z nią rozmawiał, żeby tak nie robiła, bo po 1) placimy za 4 godziny a po 2) o 12:00 jest obiad i chcemy, żeby Martynka go jadła, bo wtedy już sami nic dla niej nie gotujemy.
Dzisiaj starsznie padało, normalnie lało żabami. I M. akurat mógł się wyrwać z pracy, więc postanowił podjechać po nie do żłobka, żeby nie musiały iść w tym deszczu. Był w żłobku o 12:10 i co się okazało? Już ich nie było...
Jak mi o tym powiedział, myślałam, że dostanę szału! Wymusilam na nim, żeby zadzwonił do swojej mamy i powiedział jej, żeby odbierała ja zgodnie z umową o 12:30, a nie wcześniej. Zadzwonił i.. teściowa wielce oburzona, powiedziała nawet: "to jeszcze ją w niedzielę zapiszcie". Ręce mi opadły, nerwa mam jak nie wiem co. Ona albo nic nie rozumie, albo udaje..., M. za mało ma asertywności, żeby jej cos powiedzieć, jak ja jej powiem, to pewnie znów pójdzie na noże i sie nie będzie odzywać... ale jestem zła! Gdyby nie to, że krucho u nas z kasą, bo ostanio i ja i M. chodzimy bez premii, to bym wysłała Martynkę na 9 h do złobka i podziekowała babci za opiekę i miała by wtedy za swoje!