Dziewczyny z gory orzepraszam, ze dooiero teraz. Wiem ze sie denerwowalyscie, ale potrzebowalam czasu

przejrzalam bardzo pobieznie forum i nie logowalam sie na forum, tylko z automatu mnir zalogowalo jak maz wlaczyl internet w telefonie. A wiec co u mnie. Niestetybnie bylo dobrze...
8 kwoetnia o godzinie 10.00 trafilam na porodowke z 2 cm rozwarciem, bez samoistnej akcji skurczowej. Dostalam oksytocyne tak jak pisalam. Niestety nie za bardzo to na mnie dzialalo, znaczy skurcze byly ale rozwarcia brak. Po 6 godzinach bylo rozwarcie 3,5cm. Dostalam dodatkowo 3 zastrzyki na zmiekczenie szyjki bo byla twarda, potem jeszcze jakas kolejna kroplowke na zmiekczenie, przeciwbolowe itd. Rowniez nie zadzialalo. Oprocz tego masasz szyjki chyba z 5 czy 6 razy. Nadal nic. Maz barzo sie bal ze mala sie udusi bo tak dawno mi wody odeszly, a ja jeszcze w czasie porodu znowu dostalam tych dreszczy. Po kilkunastu godzinach meza zmienila moja mama na jedna godzine bo potrzebowal chwili zeby sie ogarnac psychicznie. Jak mnie zobaczyla miala lzy w oczach... ostatecznie po 17 godzinach meczarni pani doktor powiedziala ze moj organizm jest bardzo oporny, ze dostalam juz wszystko mozliwe co mogli mi dac i ze jest 9cm rozwarcia, ale szyjka bardzo twarda. Juz wczesniej pytalismy z mezem o cc. Poprosilam o cewnik bo ciagle mialam wrazenie ze chce siku. Polozna powiedziala ze ja juz sie na wszystko zgodze zeby tylko to skonczyc. Zabrali mnie na sale operacyjna. Jak wjechalam caly personel wiedzial ile walczykam i co przeszlam. Nawet nie zrobilo na mnie wrazenia tych kilka wkluc w kregoslup ze znieczuleniem. Przez cala ooeracje anestozjolog glaskal mnie po glowie i policzkach. Ostatecznie Julka urodzila sie 9 kwietnia(ktoras z was mi to przepowiedziala) o godzinie 3.30 nad ranem. Miala 4 kg i 56cm. Teraz jestem szczesliwa, ale to ile to trwalo masakra. Cala rodzina nie spala, moja mama - widziec jej przerazone oczy jak weszla na sale... Jak ktos bedzie to czytal to moze powiedziec "niezla bujda", ale ja naprawde to przezylam... jak jechalam na sale operacyjna moj maz plakal, mowil potem ze powstrzymywal sie zeby "nie wyc" w nieboglosy. Pocieszala go salowa. Polozne same zaproponowaly nam prywatny pokoj po porodzie, poza kolejnoscia oczekiwania przez innych. I chyba nawet nie bedziemy musieli za niego placic. Dzieki bogu maz jest ze mna caly czas, bo ja po takiej meczarni nie podniose malej i on wszystko robi przy niej. Pozniej na prywatnym wrzuce zdjecie Julci.