Grzechotko droga...nie tędy droga...nue zmuszaj męża do bycia nawet za drzwiami. Wiem, że się boisz i chcesz by był blisko, bo skoro był przy poczęciu powinien być i przy porodzie...ale on też się boi, zaręczam Ci...boi się Twoich bóli, boi się tego, że nie będzie umiał zapanować nad swoimi nerwami jeśli będzie to trwało za długo, jeśli ciebie będzie bardzo bolało. To nie jest tak, że ma ciebie w dupie, on się boi. Zrozum go i nie naciskaj. Porozmawiaj spokojnie i zobaczysz co powie. Jeśli masz możliwość poproś kogoś z rodziny lub przyjaciółkę, by byli z Tobą. Unoszenie się honorem nie ma sensu. Sprawi, że kiedy dziecko już się urodzi wy ie będziece umieli się tym cieszyć, bo będziecie mieli w sobie mnóstwo gniewu i żalu. Nie warto.
Ja to przerabiałam przy pierwszym porodzie. Mojego męża nie było nawet na korytarzu, co prawda tylko dlatego, że tak to szybko szło, ale cieszyłam się wtedy.
Teraz też miało go nie być na porodówce. Stało się inaczej, ale nie prosiłam o to. Był ze mną prawie do końca, kiedy zaczęły się bóle parte poprosiłam by wyszedł. Nie przecinał pępowiny, ale szybko dostał syna na ręce. Popłakał się. Wczoraj powiedział, że to było dla niego ważne, widział mój ból, moje cierpienie i dziękowł za syna.
To dużo dla mnie znaczy.
Dlatego kochana, ne gniewaj się na swojego i tak, jak on powinien zrozumieć Ciebie, tak Ty powinnaś zrozumieć jego. Nic na siłę.